Polska flota kończy z Kobbenami. Czy będziemy mieli czym atakować spod wody?

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Rok 2015. Polskie okręty podwodne typu Kobben porcie wojennym na Oksywiu
Rok 2015. Polskie okręty podwodne typu Kobben porcie wojennym na Oksywiu Tomasz Bolt/Polska Press
Warto inwestować w marynarkę wojenną choćby po to, by szachować naszego potencjalnego przeciwnika. Problem w tym, że my przyzwyczailiśmy się do prowizorki. Rozwiązania pomostowe, takie jak okręty podwodne typu Kobben, które miały służyć pod polską banderą kilka lat, stały się rozwiązaniem docelowym – mówi kmdr w st. spocz. Maksymilian Dura, ekspert branżowego portalu obronnego Defence24.pl.

Polska Marynarka Wojenna praktycznie wycofuje z aktywnej służby ORP Sęp i ORP Bielik dwa ostatnie okręty podwodne, które niemal dwie dekady temu uzyskała od Norwegii. Czy jednostki typu Kobben były dobrymi okrętami? Pytam, bo pojawia się zarzut, że miały już 50 lat. Tymczasem znamy przypadki okrętów w podobnym wieku służących aktywnie w wielu marynarkach wojennych, np. w amerykańskiej.

Wadą tych okrętów było to, że w czasie ich kilkunastoletniej służby pod polską banderą nie był modernizowany ich system walki. Pod tym względem starzały się one z roku na rok, ich wartość bojowa spadała. To zresztą główna wada całego tego systemu, pamiętajmy, realizowanego jako rozwiązanie pomostowe. Samo założenie było rozsądne – do czasu, gdy pozyskamy nowe okręty podwodne, służyć będą Kobbeny. Dlatego nie można mówić, że one były całkowicie nieprzydatne, to byłaby nieprawda. Cały plan rozwiązania pomostowego jednak padł, gdy w MON zdecydowano, że zakupu nowych jednostek nie będzie. Pyta pan o to, dlaczego m.in. Amerykanie używają stare okręty. Jednostki, które mają np. 40 lat cały czas przechodzą procesy modernizacyjne. Nie tylko remonty kadłubów, nadbudówek, ale też wymianę podzespołów, oprogramowania, systemów kierowania ogniem itp. To, że okręt ma 40 lat, nie oznacza, że ma „na sobie” czterdziestoletnie wyposażenie i uzbrojenie. Tzn. w przypadku US Navy tak nie jest, w przypadku naszej Marynarki Wojennej, niestety, już tak.


Kobbeny miały zapewnić aktywność polskiej floty podwodnej, ciągłość szkolenia załóg, od momentu wycofania okrętów poradzieckich do momentu, gdy wejdą do służby okręty nowoczesne.

Powtórzę - można się było z takim założeniem zgodzić. Dziś jednak, po latach wiemy, że w Polsce rozwiązania pomostowe się nie sprawdzają. Z prostej przyczyny - stają się działaniami docelowymi. Przyzwyczailiśmy się do tzw. prowizorki, tak jest łatwiej. Przed nowoczesnymi okrętami i ich załogami można by postawić o wiele bardziej wymagające zadania. Z drugiej strony należy podkreślić, że każdy, bezpieczny, sprawny, działający okręt podwodny stanowi wartość samą w sobie. Po zanurzeniu staje się niewidoczny. By go „zobaczyć” potrzebny jest specjalistyczny sprzęt zwalczania okrętów podwodnych. Przeciwnik musi być do tego przygotowany. Jeśli my nie będziemy mieć okrętów podwodnych oznaczać to będzie, że Rosja, nasz potencjalny przeciwnik, nie musi przygotowywać się do zwalczania naszych jednostek tego typu. Sytuację można odwrócić – aktywna rosyjska flota podwodna wymusi na nas posiadanie odpowiednich środków jej zwalczania, oczywiście jeśli chcemy korzystać z Bałtyku. Gdyby polskie Kobbeny były bezpieczne dla załóg, miałyby nadal wartość bojową. Na pewno wyższą niż stare okręty nawodne, które w polskiej Marynarce Wojennej obecnie mamy. Myślę, że można je było utrzymać w linii jeszcze przez kilka lat. Niestety, bezpieczne nie były, trzeba je było zatem wycofać.

Polska chce pozyskać używane okręty podwodne od Szwecji. MON: to rozwiązanie tymczasowe


W dzisiejszych czasach okręty podwodne mają znaczenie w tak płytkim morzu jakim jest Bałtyk?

Tak. Poszukiwanie okrętów podwodnych będących w zanurzeniu nie jest sprawą prostą, nawet w płytkim morzu i przy obecnym stanie rozwoju środków technicznych. Wymaga specjalistycznego sprzętu hydroakustycznego lub czujników magnetycznych na okrętach, śmigłowcach lub samolotach. Dlatego okręty podwodne są z założenia ważnym narzędziem walki.

Zostaliśmy w tym momencie z ORP Orzeł, konstrukcją poradziecką.

To jest dość dziwna sytuacja, gdyż okręt ten ma jeszcze ogromny potencjał. Oczywiście konieczna byłaby jego modernizacja i były firmy, które oferowały taki proces. Natomiast nasza Marynarka Wojenna zdaje się wychodzić z założenia, że po co ORP Orzeł modernizować, skoro można wprowadzić rozwiązanie pomostowe. Moim zdaniem jednak, kosztowałoby ono więcej (o ile zostałoby zrobione na poważnie), niż dostosowanie do współczesnych wymagań ORP Orzeł. Uważam, że modernizacja tego okrętu mogłaby być właśnie rozwiązaniem pomostowym dla naszej floty, w oczekiwaniu na nowoczesne okręty. Decyzja jest jednak inna.

W ubiegłym roku MON zapowiadał pozyskanie dwóch jednostek typu A17 od marynarki szwedzkiej. Byłoby to rozwiązanie pomostowe po Kobbenach? Szwedzkie okręty mają dobre opinie ekspertów i nie są tak wiekowe jak te, które otrzymaliśmy od Norwegii na początku XXI wieku.

MON to rzeczywiście zapowiadał, natomiast mógł nie zdawać sobie sprawy, z jakimi kosztami będzie wiązać się ten kolejny, pomostowy wariant. Są w tej chwili dwa szwedzkie okręty A17 – jeden jest sprawny, drugi nie – od kilku lat stał unieruchomiony w porcie. Gdyby Polska chciała oba, to pierwszy musiałby zostać dostosowany do naszych potrzeb, a drugi wyremontowany. Cały proces wymaga ogromnych kosztów. Przyjąć należy, że remonty i modernizacje prowadziłaby strona szwedzka. Standardów pilnowałaby Agencja ds. Obronnych szwedzkiej Marynarki Wojennej, która jest bardzo wymagającym podmiotem, żadnego bubla nie przepuści. To oczywiście dobrze, tyle że my za te standardy musielibyśmy zapłacić Szwedom, mniej więcej tyle, ile wynosi budowa połowa nowego okrętu. Być może polski MON, po oszacowaniu wszystkich kosztów złapał się za głowę. Problem jednak polega na tym, że my cały czas snujemy plany, rozwiązania zastępcze, nie zdając sobie sprawy, że one generują ogromne koszty. Tak było w przypadku fregat „Adelaide”, które chciano za symboliczną cenę pozyskać od Australii, a których modernizacja tak naprawdę kosztowałyby krocie i w dodatku nie spełniałyby wymagań bałtyckiego teatru działań. Podobnie byłoby w przypadku okrętów A17. Koszty byłyby tak wielkie, że znacznie bardziej opłacalne byłoby postawienie już na wariant docelowy.

Czyli program Orka.
Tak. Program, który jest obecnie zawieszony i prawdopodobnie nigdy go nie zrealizujemy. Przy obecnym kryzysie pieniędzy na budowę nowych okrętów podwodnych raczej Polska nie znajdzie.

Będziemy bezbronni na morzu bez okrętów podwodnych? Oczywiście nasi sojusznicy mają takie w swoich flotach, ale czy to sprawia, że możemy ich nie mieć?

Przede wszystkim należałoby się zastanowić, do czego potrzebne jest Polsce tego typu uzbrojenie. To jest podstawowe pytanie. Jeśli miałyby służyć do zwalczania morskich linii zaopatrzeniowych przeciwnika, a to jedno z najważniejszych zadań wszystkich flot na świecie, to należy zdać sobie sprawę z tego, że w momencie wybuchu konfliktu w naszym regionie, żeglugi na Bałtyku i tak nie będzie. Polska posiada nadbrzeżne systemy rakiet, którymi jest w stanie zablokować na morzu ruch wschód – zachód. Cieśniny Duńskie byłyby blokowane przez kraje NATO, w związku z tym rosyjskie okręty także tam nie będą w stanie operować. Jesteśmy zatem w stanie przerwać komunikację morską między rosyjskimi portami na Bałtyku – Kronsztadem, Sankt Petersburgiem a Bałtijskiem bez okrętów podwodnych. Gdybyśmy mieli jednostki służące tylko do torpedowania obcych statków i okrętów, to one byłyby bezużyteczne.

Nawet jako część naszego systemu odstraszania?

Owszem. Jednak należałoby wówczas zastanowić się nad okrętami podwodnymi zdolnymi do przenoszenia pocisków kierowanych. Byłby to droższy, ale znakomity środek odstraszania. Oczywiście nie mówimy o broni jądrowej, natomiast rakiety manewrujące z kilkuset kilogramową konwencjonalną bojową głowicą, bardzo celne, z dokładnością do kilku metrów, mogłyby naszemu potencjalnemu przeciwnikowi przynieść bardzo wiele szkód. Rosjanie, chcąc zabezpieczyć się przed nimi, musieliby albo zwiększyć swoją obronę przeciwlotniczą, a trudno jest zabezpieczyć całe, tak wielkie terytorium, albo mieć możliwość odszukania naszych okrętów podwodnych. W tym drugim przypadku musieliby wyprowadzić w morze swoje jednostki zwalczania okrętów podwodnych wraz z eskortą, co narażałoby je na atak naszych rakiet z baterii nadbrzeżnych. Sami podeszliby pod nasz ogień. Dziś nie muszą tego robić. Zwróćmy też uwagę, że nasz potencjalny przeciwnik, nie musiałby być, w przypadku konfliktu, w ogóle aktywny na morzu. Cały swój atak mogą poprowadzić na lądzie. Gdyby jednak Polska miała okręty podwodne z rakietami manewrującymi to Rosjanie musieliby zrobić wszystko, by je odpędzić lub zatopić.


Musieliby ponieść koszty i nastawić się na poniesienie strat.

Właśnie. My, inwestując w okręty podwodne z rakietami manewrującymi, zmusilibyśmy Rosjan do inwestowania w środki ich zwalczania, w dodatku wyposażone w ochronę przeciwrakietową, czyli jeszcze droższe. Warto więc inwestować w marynarkę wojenną choćby po to, by szachować przeciwnika.

Czy powinniśmy się niepokoić wynikami niedawnej gry wojennej, którą przeprowadzili polscy sztabowcy? Tę symulowaną kampanię przegraliśmy w pięć dni, była też mowa o tym, że nieprzyjaciel zablokował nasze porty i zniszczył nasz morski potencjał obronny i handlowy.

Uważam, że te ćwiczenia miały złe założenia. One przewidywały, że nasze wojska wyjdą z baz i rozpoczną walkę z nadciągającym ze wschodu przeciwnikiem. Tyle, że tak zakładać nie należy – nasze wojska potrzebują na „uruchomienie” co najmniej trzy godziny. W tym czasie, Rosjanie, czyli nasz potencjalny przeciwnik, będą już na polskim terytorium wkraczały z Białorusi. Kto zatrzymałby wrogie czołgi uderzające na Warszawę? Policja? Inna kwestia – dowództwo zakładało, że nasze siły będą w gotowości. Tymczasem potencjalny atak przeciwnika byłby pomyślany tak, byśmy w takiej gotowości nie byli. Pamiętać również należy, że nie dysponujemy kompleksową obroną przeciwlotniczą. Systemy, którymi dysponujemy to sprzęt poradziecki, który nie jest wyposażony chociażby w system identyfikacji swój-obcy. Zatem raziłyby też samoloty nasze i naszych sojuszników. Bylibyśmy zatem w jeszcze gorszej sytuacji niż zakładali to nasi sztabowcy. Musimy w Polsce w końcu powiedzieć o tym, jaka jest rzeczywista sytuacja naszej armii, a potem wziąć się do pracy. Zacząć należy od systemów rakietowych krótkiego zasięgu, w ramach tzw. Programu Narew, które zabezpieczać mają nasze terytorium przed nalotem przeciwnika. Owa pięciodniowa obrona, w mojej opinii, była wyjątkowo optymistycznym rezultatem. Mam wrażenie, że nasi planiści za realne przyjęli założenie, że zagrożenie nie istnieje.

TOP 100 POMORSKICH FIRM – RAPORT:

POLECAMY NA STREFIE BIZNESU:

W czerwcu zapłaciliśmy w sklepach mniej niż w maju

Wideo

Materiał oryginalny: Polska flota kończy z Kobbenami. Czy będziemy mieli czym atakować spod wody? - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie