Mundial 2010: Za cztery dni wielkie otwarcie

Robert Zieliński, Paweł StankiewiczZaktualizowano 
Janusz Kupcewicz na mistrzostwach świata był w 1978 i 1982 roku
Janusz Kupcewicz na mistrzostwach świata był w 1978 i 1982 roku Fot. Archiwum
"Co cztery lata mistrzostwa są świata i wtedy wybucha ogólny szał" - to był popularny w latach 80. refren. Szał jest już na świecie - cała Anglia śledziła na twitterze kto będzie w składzie na mundial. Holendrzy wsłuchują się w wieści o zdrowiu Robbena, a w RPA trawa malowana jest na zielono. Szału nie ma za to w Polsce, bo nasi, niestety, w mundialu nie zagrają. A raczej na szczęście, bo oszczędzimy sobie kompromitacji, rozczarowań i frustracji (...).

Z Januszem Kupcewiczem, mieszkańcem Gdyni, brązowym medalistą piłkarskich mistrzostw świata z 1982 roku w Hiszpanii, rozmawia Paweł Stankiewicz

Mistrzostwa świata - to jest największe wydarzenie w jakim brał Pan udział w piłkarskiej karierze?

Chyba dla każdego uczestnika mistrzostw świata to jest największa impreza. Nikt mi nie powie, że równać się z nią mogą igrzyska olimpijskie czy mistrzostwa Europy. Na mistrzostwach świata jest wyjątkowa atmosfera i grają najlepsi. Każdy piłkarz z całego świata chce wziąć udział w takiej imprezie.

Pojechał Pan na mistrzostwa świata do Argentyny w 1978 roku, ale ani razu nie pojawił się na boisku.

Niewiele brakowało, abym wystąpił przeciwko Argentynie. To w tym meczu świętej pamięci Kaziu Deyna nie strzelił karnego. Miałem wejść na 20 minut, ale takie były przepisy, że gdybym zagrał choć sekundkę, to nie mógłbym brać udziału w kwalifikacjach do igrzysk olimpijskich. Świętej pamięci trener Waldemar Obrębski, wspaniały człowiek, przekonał Jacka Gmocha, aby nie wprowadzał mnie na boisko.

Te mistrzostwa odbierane są jako porażka naszej drużyny. Nie od dziś mówi się, że to właśnie wtedy Polska miała najsilniejszy zespół, w którym było połączenie doświadczenia z 1974 roku i młodości, jak choćby Zbigniewa Bońka.

I to prawda. Z młodych nie tylko był Boniek, ale Iwan, Nawałka, Kusto, czy też ja. To był najlepszy zespół. Trener Gmoch zepsuł atmosferę. A spokojnie można było wtedy zagrać o medal.

W jaki sposób Gmoch zepsuł atmosferę?

Swoim zachowaniem i podejściem do zawodników, których forował. To moja subiektywna opinia. Mogę się mylić, ale na pewno Gmoch miał najlepszy zespół.

Były pretensje do Deyny o zmarnowanego karnego z Argentyną?

Nie. Kaziu miał swoją pozycję w zespole. Patrząc na mistrzostwa świata, czy Ligę Mistrzów, to wielu wspaniałych piłkarzy nie strzela karnych. Był żal wewnętrzny, ale na pewno nie było pretensji.

Były konflikty na linii Deyna - Boniek?

To już tyle lat minęło, nie chcę się wypowiadać na ten temat. Zbyszek był przebojowy, a dzięki charakterowi dużo osiągnął. Miał prawo być zawodnikiem, który oczekiwał gry w podstawowym składzie. Nie do końca tak było, ale to rola trenera. Świętej pamięci Kaziu Górski potrafił sobie poradzić w takich sytuacjach, ale Gmoch już nie. Boniek zasługiwał na grę.

Milej wspomina Pan z pewnością mundial w 1982 roku, kiedy już Pan grał i zdobyliście brązowy medal.

W życiu trzeba mieć dużo szczęścia. Niektórzy wygrywają miliony w totolotka, inni grają sto lat i nic. Gdyby Polska wygrała z Kamerunem, to pewnie trener Piechniczek nie ściągnąłby mnie z trybun. Stało się inaczej, a dobrze się czułem i tak też grałem. Rozegrałem bardzo dobry mecz z Peru i już do końca zostałem w składzie. Ja występowałem w środku pomocy, gdzie się czułem najlepiej, a Zbyszek Boniek został przesunięty do ataku. To było z korzyścią dla zespołu.

Po dwóch remisach mogliście mieć obawy czy w ogóle wyjdziecie z grupy.

Z Włochami 0:0 to był dobry rezultat. Kamerun się wtedy nie liczył i remis to była nasza porażka. Ostatni mecz z Peru trzeba było wygrać. Zaczęła się nerwówka. Podjęto takie decyzje w składzie, a nie inne. Ktoś miał na nie wpływ, bo trener Piechniczek się w pewnym momencie trochę pogubił.

Często ogląda Pan gola, którego strzelił w spotkaniu z Francją?

Nie. Miło wspominać to, co było kiedyś, ale ja żyję dniem dzisiejszym, a nie przeszłością.

To był chyba jednak najważniejszy gol w Pana karierze?

Patrząc pod kątem prestiżu i rangi imprezy, to z pewnością tak. Dziwię się, że politycy nie potrafią zrozumieć pewnych rzeczy, a piłka nożna to specyficzna dyscyplina. Emerytury sportowe dostają olimpijczycy, którzy są na dorobku, a medaliści mistrzostw świata już nie. Graliśmy też bardzo ważne i prestiżowe mecze. Była przecież Solidarność, a my rywalizowaliśmy z ZSRR. Wiadomo było, że nie możemy przegrać. A jeśli chodzi o gola z Francją. Mój tata miał niewiele do końca życia, a dużo mu zawdzięczałem. Ta bramka dała mu dużo radości przed odejściem. Zresztą tego gola dedykowałem ojcu.

Przed nami mundial w RPA. Kto jest Pana faworytem?

Trudno powiedzieć. Jest dużo dobrych zespołów. Mogą być niespodzianki, a pokazali to w towarzyskim meczu Szwajcarzy, remisując z Włochami. Kiedyś byśmy mówili "gdzie Włosi ze Szwajcarami mogą zremisować". U nich jednak odpowiedni system szkolenia został wdrożony, a u nas tylko się o nim mówi. Stawiam na Argentynę lub Włochy. Lubię kontrowersyjnego Diego Maradonę, choć nie znam go osobiście. To sympatyczny człowiek i miło ogląda się go w telewizji.

Kto może być czarnym koniem turnieju?

Może być Serbia, choć zremisowała z Polską. To był jednak mecz rozgrywany w bardzo ciężkich warunkach. I Meksyk. Byłem dwa miesiące w Ameryce Północnej i oglądałem tam mecze ligi meksykańskiej, która od polskiej jest lepsza o jedną albo i dwie klasy.

Kto będzie gwiazdą tegorocznych mistrzostw świata? Leo Messi?

Przeważnie tak jest, że zawodnicy, których typuje się na gwiazdy nimi nie zostają. Messiemu jednak bardzo dobrze życzę. Zasługuje na to, aby być gwiazdą mundialu przez swoją grę, zachowanie, kulturę, niekonwencjonalne zwody. Niech mu tylko ktoś krzywdy nie zrobi a takie rzeczy, niestety, się zdarzają.

Przed mistrzostwami świata w RPA wielu wspaniałych zawodników doznało kontuzji. Mundial może być przez to uboższy?

Na mistrzostwach świata czasami zaistnieje gwiazdka niespodzianka. To też ważne. Ja przecież też zaistniałem dzięki przypadkowi. Gwiazdą nie byłem, ale reprezentacji pomogłem. Może wykreuje się ktoś z Afryki, może z Azji albo jeszcze innego kontynentu.

Mundial odbędzie się w Afryce, a wielu piłkarzy z tego kontynentu gra w czołowych klubach europejskich. Czy to już czas, aby kraj z Afryki znalazł się w strefie medalowej mistrzostw świata? Do tej pory reprezentacje z tej części świata miały takie aspiracje, ale rzeczywistość je mocno weryfikowała.

Pewnie chcieliby, ale mimo wszystko jednak Europa i Ameryka Południowa będą miały przewagę. Mogę się oczywiście mylić, ale to chyba jeszcze nie jest ten czas. Kilka lat temu myślałem, że drużyny narodowe z Afryki wkrótce zdobędą medal mistrzostw świata, ale mentalnie nie są jeszcze na to przygotowani. W porównaniu z Europejczykami - tego im brakuje.

polecane: Pierwszy Polak połknął elektroniczną pigułkę

Wideo

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3