Morze potrafi dać w kość. Ale to cenna nauka. Rozmowa z kpt. mar. Ireneuszem Kamińskim

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Morze potrafi dać w kość. Ale to cenna nauka. Rozmowa z kpt. mar. Ireneuszem Kamińskim
Morze potrafi dać w kość. Ale to cenna nauka. Rozmowa z kpt. mar. Ireneuszem Kamińskim Przemyslaw Swiderski
Szkolenie żeglarskie, jako element wiedzy ogólnomorskiej stanowi podstawę edukacji w Akademii Marynarki Wojennej. Młodzi ludzie mają nie tylko poznawać morze z niskiego pokładu, być blisko wody, ale uczyć się współpracy, sprawdzić w praktyce teorię, którą nabyli w murach uczelni – mówi kpt. mar. Ireneusz Kamiński, nauczyciel akademicki, odpowiedzialny za szkolenie żeglarskie i motorowodne studentów AMW.

Ilu studentów kierunków wojskowych AMW przechodzi rocznie przez pokłady jachtów żaglowych należących do uczelni?

- Corocznie jest to inna liczba - wszystko zależy od liczebności rocznika. Natomiast w ramach praktyk letnich, wszyscy pierwszoroczni studenci „przechodzą” przez jachty. Uczelnię w realizacji tego zadania wspiera Ośrodek Szkolenia Żeglarskiego AMW, który posiada więcej jachtów - bliźniaczych do naszego akademickiego s/y „Admirał Dickman". Jachty z praktykantami odbywają dwutygodniowe rejsy – „Dickman” wychodzi dwa, trzy razy do roku, czasem raz, ale wówczas jest to rejs dłuższy. Generalny schemat szkoleniowy jest taki, że podchorąży pierwszego roku kierunek nawigacja, musi przejść trzy praktyki: praktykę marynarską – okrętową na żaglowcu szkolnym ORP „Iskra”, dwutygodniowy rejs na jachtach plus dwutygodniowe szkolenie żeglarskie na małych jachtach mieczowych na jeziorze w Borach Tucholskich w Akademickim Ośrodku Szkoleniowym. Prowadzimy też szkolenia motorowodne oraz ratownicze. Podchorążowie mają możliwość przystąpić do egzaminu na patent żeglarza jachtowego oraz sternika motorowodnego. Szkolenia żeglarskiego i motorowodnego jest sporo w programie studiów. Natomiast są to zajęcia różnorodne – nie można porównywać żeglowania na małych jachtach mieczowych na jeziorze, których załogę stanowi 4-5 osób, do długich rejsów żaglowcem, na którym znajduje się załoga składająca się z ok. 60 osób, gdzie trzeba pełnić wachtę, realizować wszystkie czynności związane ze służbą, w tym sprzątanie, przygotowywanie posiłków oraz nauką. Esencją szkolenia żeglarskiego jest rejs jachtem takim jak np. „Admirał Dickman”, na którym śpisz, gotujesz, żeglujesz, odwiedzasz porty, nawigujesz. Jednocześnie trzeba pamiętać, że jest to mała łódka, na której musisz współpracować z pozostałą częścią załogi.

To skuteczna nauka?

- Na pokładzie jachtu załoga musi stanowić zgraną, współpracującą grupę – pewnych rzeczy nie jesteś w stanie zrobić sam, mimo tego, że pływamy na dość nowoczesnych jachtach, mających wiele udogodnień, jak np. refowanie z kokpitu czy autopilota. Młodzi ludzie mają nie tylko poznawać morze z niskiego pokładu, być blisko wody, ale uczyć się współpracy. Także mogą sprawdzić swoją odporność na działanie warunków morskich – przede wszystkim na chorobę morską. Służba na pokładzie nie polega na leżeniu w koi. Trzeba po wachcie iść do kambuza, przygotować dla innych posiłek, nawet jeśli się choruje i samemu nie ma ochoty na obiad… Do tego sprzątanie, nawigacja… Czynności na pokładzie jest sporo. Trzeba przyznać, że to dość wyczerpująca fizycznie praktyka, ale dająca mnóstwo satysfakcji. Niektórzy po takim rejsie łapią żeglarskiego bakcyla. Pytają o możliwość udziału w kolejnych rejsach. Z drugiej strony część kandydatów przychodzi na uczelnię już z patentami. Oni są pomocni, mogą nas wesprzeć w czasie rejsów z tymi, którzy pierwszy raz są na morzu na pokładzie jachtu. Dodam, że taki rejs to także obciążenie dla kadry. Nie wiemy do końca, jakich mamy „pierwszoroczniaków”, za których jesteśmy odpowiedzialni, jak będą znosić trudne warunki.

Nauka morza z perspektywy niskiego pokładu, współpracy na jachcie to jedyny aspekt, który będzie wykorzystany przez podchorążych w czasie przyszłej służby na okrętach?

- Nie tylko. Aspekt społeczny – współpraca z pozostałymi członkami załogi, np. w trudnych warunkach, gdzie woda jest blisko, jachtem „buja” to jedno. Student musi wtedy sprawdzić też wiedzę teoretyczną, którą nabył w murach uczelni, na lądzie – głównie tę, dotyczącą nawigacji – znaków nawigacyjnych, określania pozycji jachtu, odległości np. do latarni morskiej, ale też zastosowania przepisów dotyczących międzynarodowego prawa drogi morskiej, eksploatacji instalacji jachtowych, prowadzenia łączności czy zapoznania w warunkach realnych z przepisami portowymi. Sam rejs jachtem może być dla wielu przyszłych oficerów marynarki wojennej jedyną okazją do wpłynięcia do małych portów morskich polskiego wybrzeża, do których wejście okrętem wojennym nie jest możliwe. To może być jedyna zatem okazja, by nauczyć się manewrowania, przygotowania jednostki do wejścia w niełatwych, trzeba to podkreślić, portach i przystaniach. Polska linia brzegowa jest „prosta”, ale bardzo często warunki na niej panujące sprawiają, że wejście do portów proste nie jest. I jeszcze jedna, ważna rzecz. AMW ma kierunki studiów kształcące przyszłych oficerów na potrzeby sił zbrojnych RP, takie jak mechatronika, cyberbezpieczeństwo czy logistyka, których absolwenci umiejętności żeglarskich nie będą potrzebowali w służbie. Natomiast w AMW nie wyobrażamy sobie, by student podchorąży morskiej uczelni, kończąc pięcioletnią naukę, nie miał choć trochę pojęcia o morzu. Nawet jeśli nie będzie służył w marynarce lecz innych rodzajach wojsk. Bo żeglowanie - jak wcześniej wspomniałem - to nie tylko żagle, to również wspólna praca, kształtowanie charakteru, budowanie odporności na trudy codziennej służby. Poza tym wiemy, że życie portowe kusi. Stara, marynarska prawda mówi – „w porcie statki rdzewieją, a ludzie schodzą na psy”. Dlatego staramy się być jak najczęściej w morzu.

CZYTAJ TEŻ: Dr Łukasz Wyszyński: Polska potrzebuje okrętów podwodnych pilnie, jak najszybciej.

Szkolenie żeglarskie to zatem jakby trochę „selekcja”…

- Szkolenie żeglarskie, jako element edukacji ogólnomorskiej, to jest podstawa kształcenia w AMW. I nie jest tak, że my sobie to wymyśliliśmy w Polsce. Większość marynarek wojennych korzysta z tego schematu szkoleniowego. Mają żaglowce szkolne, jachty, którymi podchorążowie odbywają rejsy w mniej lub bardziej wymagających warunkach. Wróciłem kilka dni temu z tzw. rejsu kandydackiego, dużym co prawda okrętem, ORP „Wodnik”. Kolejna grupa była na okręcie transportowo-minowym, na którym dostali w kość, morze nimi rzucało i sporo osób się pochorowało. Ale nikt ze studentów nie zrezygnował.

Wspominał pan o tym, że część studentów łapie żeglarskiego bakcyla.

- Mamy w AMW ekipę regatową. Ścigamy się, można śmiało powiedzieć, na wysokim poziomie. Nasza załoga rywalizuje w Polskiej Lidze Żeglarskiej w jej najwyższej lidze – ekstraklasie. W minionym sezonie zajęliśmy 10. miejsce wśród najlepszych klubów żeglarskich w Polsce. Przy naszym budżecie samo utrzymanie się w ekstraklasie jest sporym osiągnięciem. Są zatem możliwości udziału w regatach, także zagranicznych, gdzie rywalizujemy z załogami innych wojskowych uczelni morskich i cywilnych. Nasza reprezentacja startuje w regatach m.in. w Indiach, Francji, Włoszech, Hiszpanii, Rumunii. Z drugiej strony nie pomaga nam położenie geograficzne. Na Bałtyku mamy dość krótki sezon żeglarski, a w tym samym czasie nasi studenci mają bardzo dużo praktyk. Czasami jest problem, by mogli uczestniczyć we wszystkich planowanych przedsięwzięciach żeglarskich AMW.

Jest pan pasjonatem żeglarstwa, poza służbą na AMW?

- Ta pasja ściągnęła mnie do Marynarki Wojennej. Zacząłem żeglować w wieku 14 lat w harcerskiej drużynie wodnej w Starogardzie Gdańskim. Cała moja przygoda zaczęła się od książek – m.in. „Wielkich dni małej floty” Jerzego Pertka i innych klasyków marynistycznych. Po szkole średniej stwierdziłem, że obiorę kurs na Gdynię. Skończyłem dwuletnią Szkołę Chorążych Marynarki Wojennej na kierunku nawigacyjnym, zostałem na uczelni, w komórce odpowiadającej m.in. za szkolenia żeglarskie i ratownictwo morskie. W międzyczasie ukończyłem studia cywilne i studium oficerskie, dziś jestem w stopniu kapitana marynarki. Ta przygoda trwa od ponad 30 lat. I mówiąc o tym mogę wyraźnie podkreślić, że jestem szczęśliwym człowiekiem - moja praca jest moim hobby, pozwala mi je realizować w ramach obowiązków służbowych.

W przyszłych latach żeglarska część AMW może spodziewać się rozwoju?

- I nie tylko żeglarska. Na to liczę. Zresztą widzę przychylność władz uczelni, by ta część szkolenia studentów i funkcjonowania AMW jeszcze bardziej się rozwijała. Zbliżamy się do realizacji dużej inwestycji – budowy własnej, uczelnianej przystani żeglarskiej w rejonie Babich Dołów, co będzie sporym ułatwieniem dla działalności szkoleniowej i da możliwość jej rozszerzenia, m.in. jeszcze większego wyjścia do cywilnego środowiska z imprezami sportowymi, szkoleniami.

Jacht „Admirał Dickman” to typ Delphia 40, na bliźniaczej jednostce „Polska Miedź” kapitan Tomasz Cichocki opłynął świat w samotnym rejsie. Załoga AMW pod pana dowództwem wygrała na „Dickmanie” drugi etap regat The Tall Ships’ Races w 2013 r.

- Delphia 40 jest jednostką, na której możemy realizować nasze cele szkoleniowe na akwenie Morza Bałtyckiego. Natomiast w kwestii regat… Ta łódka nie jest jachtem regatowym, ale… można się na niej pościgać. Nasze zwycięstwo w klasie „C” oraz overall The Tall Ships’ Races z 2013 r. wynikało z zawziętości załogi, dobrego planowania meteorologicznego i strategii regatowej. Wytrzymaliśmy początek regat w trudnych warunkach, co skutkowało tym, że kiedy w późniejszej fazie wiatr osłabł, wciąż mieliśmy dobre warunki do żeglowania. Tych regatowych sukcesów było więcej. Przyznam, że mamy trochę sportowego zacięcia. Skłaniamy się przysłowiu które mówi, że dobry pilot poleci nawet na drzwiach od hangaru, a dobry żeglarz na tych drzwiach popłynie, byleby był wiatr…

Trzeba mieć predyspozycje? Żeglarstwo jest dla wszystkich?

Przyjmijmy, że tak. Pewnie tak jak w każdej pasji, trzeba to lubić. Jeżeli każde wyjście w morze miałoby się kończyć chorobą morską, to mamy raczej czynnik dyskwalifikujący. Zależy też, jakim rodzajem tej pasji chcemy się zajmować. Żartobliwie ujmując - istnieją trzy: jachting, żeglarstwo i… masochizm. Niektórzy celują w pływanie maksymalnie przy 2 st. w skali Beauforta, w cieple, słońcu. Inni potrzebują więcej adrenaliny. Są jachty przeznaczone dla osób niepełnosprawnych, a załoganci takich jednostek dają radę. Zatem żeglarstwo jest dla każdego, choć nie każdemu będzie się podobało.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Morze potrafi dać w kość. Ale to cenna nauka. Rozmowa z kpt. mar. Ireneuszem Kamińskim - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na gdynia.naszemiasto.pl Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie