Dokąd zmierza Arka Gdynia? Czy trener Dariusz Marzec gwarantuje awans do ekstraklasy?

Szymon Szadurski
Szymon Szadurski
Opinie na temat pracy Dariusza Marca w Gdyni są podzielone.
Opinie na temat pracy Dariusza Marca w Gdyni są podzielone. Przemysław Świderski
Mało udany początek nowego sezonu w wykonaniu Arki Gdynia dał do myślenia wielu kibicom. Fani żółto-niebieskich coraz głośniej i częściej zastanawiają się, czy dalsza praca trenera Dariusza Marca w ich ukochanym klubie ma sens. Czy słusznie?

Aby to ocenić, postanowiliśmy skonfrontować wyniki aktualnego trenera żółto-niebieskich z efektami pracy poprzednich szkoleniowców, a także oddać głos ekspertom.

Dariusz Marzec pracuje w Arce Gdynia od niemal równo dziewięciu miesięcy. W rundzie wiosennej minionego sezonu nie udało mu się zrealizować postawionego przed zespołem celu, jakim był awans do ekstraklasy. W trwającej obecnie batalii w Fortuna 1. Lidze zapowiada się niestety, że o powrót do elity także wcale łatwo nie będzie. Żółto-niebiescy zajmują obecnie mocno rozczarowujące, zaledwie dziesiąte miejsce w tabeli. Taka lokata na koniec sezonu nie zagwarantuje nawet udziału w barażach o awans do PKO BP Ekstraklasy. Strata do lidera, Korony Kielce, wynosi już dwanaście punktów. Drugi w tabeli Widzew Łódź wyprzedza żółto-niebieskich o dziewięć oczek. Należy jednak pamiętać, że Arka Gdynia w stosunku do tych, a także wielu innych rywali, ma rozegrany mecz mniej. W przypadku ewentualnego zwycięstwa dziś nad GKS-em Katowice żółto-niebiescy awansują do czołowej szóstki, czyli na miejsce barażowe.

Trwa głosowanie...

Czy Dariusz Marzec powinien nadal pozostać na stanowisku trenera Arki Gdynia?

Generalnie Dariusz Marzec w 24 spotkaniach w roli trenera Arki Gdynia na zapleczu ekstraklasy, nie wliczając do tego bilansu przegranego barażu z Łódzkim Klubem Sportowym, odbywającego się już po zakończeniu regularnej części minionych rozgrywek, zanotował dotychczas średnią punktów na poziomie 1,7 na mecz. Jeśli taka skuteczność zespołu się utrzyma, jest to niestety zbyt słaby wynik, aby zagwarantować żółto-niebieskim bezpośredni awans do ekstraklasy. Arka Gdynia ma do rozegrania do końca sezonu 27 spotkań. Oznacza to, że przy takiej średniej zakończy rozgrywki z 56 punktami. W ubiegłym sezonie był to wynik nie gwarantujący bezpośredniego awansu. Zwycięzca rozgrywek, Radomiak, zdobył 68 punktów. Druga w tabeli Bruk-Bet Termalika Nieciecza miała o trzy oczka mniej. 56 punktów zanotował Górnik Łęczna i zajął w tabeli szóste miejsce, ostatnie gwarantujące miejsce w barażach o awans. Warto jednak pamiętać, że beniaminek dość niespodziewanie znakomicie poradził sobie w „dogrywce” sezonu i ostatecznie dziś w PKO BP Ekstraklasie występuje.

Wracając jednak do średniej punktowej Arki Gdynia za czasów trenera Dariusza Marca, wniosek jest prosty i jedyny. Szkoleniowiec żółto-niebieskich musi w dalszej części sezonu dość znacznie podreperować tę statystykę, jeśli chce wywalczyć bezpośredni awans oraz uniknąć drugiej z rzędu, stresującej i – nie da się ukryć - nieco loteryjnej batalii w barażach. Dariusz Marzec zdaje sobie sprawę, że Arka Gdynia nie punktuje obecnie na zadowalającym poziomie. Jednocześnie jednak uspokaja kibiców. Jak przypomina, pracę w Stali Mielec, z którą ostatecznie awansował w sezonie 2019/2020 do ekstraklasy, także rozpoczął od gubienia punktów.

- W pierwszych sześciu meczach miałem słaby stosunek, bo połowę z nich przegrałem, jeden zremisowałem i dwa wygrałem - mówi Dariusz Marzec. - Ale później maszyna ruszyła.

Trener żółto-niebieskich po ostatniej porażce przeciwko GKS-owi Tychy stwierdził też, że jest zadowolony z gry zespołu. Cały czas wierzy, że z taką postawą na boisku Arka Gdynia zacznie w dalszej części sezonu mocniej punktować.

Trwa głosowanie...

Pracę którego trenera Arki Gdynia w ostatnich latach oceniać należy najwyżej?

Skoro jednak Dariusz Marzec przypomina swoją pracę w Stali Mielec, jest to idealny moment, aby skonfrontować ją z wynikami, osiąganymi w Arce Gdynia. Od września 2019 roku, kiedy objął poprzedni zespół, rozegrał z nim na zapleczu ekstraklasy także 24 spotkania. Prowadzona przez niego Stal Mielec osiągała średnią punktów na poziomie dwóch w meczu. W efekcie w cuglach, z pierwszego miejsca w tabeli i z siedmioma oczkami przewagi nad trzecią Wartą Poznań, awansowała do elity.

Można też pokusić się o analizę, czy Stal Mielec za czasów trenera Dariusza Marca była silniejsza kadrowo od Arki Gdynia. Jest to kwestia mocno dyskusyjna. Trzeba przyznać, że w zespole tym wiodło prym kilku piłkarzy, którzy dziś w barwach Stali Mielec, lub innych klubów, biegają po boiskach ekstraklasy. Są to dla przykładu Michał Żyro, Bartosz Nowak, Mateusz Mak, Krystian Getinger, Robert Dadok, czy Mateusz Żyro. Po pierwsze jednak, żaden z nich do gwiazd ligi, delikatnie to ujmując, nie należy. Po drugie w Stali Mielec za kadencji Dariusza Marca na zapleczu elity grał regularnie dla przykładu także Wojciech Lisowski, dziś kopiący piłkę w rezerwach Pogoni Szczecin. Znamienny jest ponadto fakt, że wówczas czołową postacią w tej ekipie był Grzegorz Tomasiewicz, który dawniej w Arce Gdynia nie miał szans na występy w pierwszym składzie i rozstano się z nim bez żalu. Co ciekawe, ten zawodnik do dziś radzi sobie całkiem nieźle w barwach Stali.

Nie ulega jednak wątpliwości, że także w obecnej Arce Gdynia znalazłoby się kilku zawodników, którzy mogliby poradzić sobie w klubach z dolnych rejonów tabeli na poziomie ekstraklasy. Do takich zaliczyć można m.in. Michała Marcjanika, Arkadiusza Kasperkiewicza, Adama Deję, Christiana Alemana, Huberta Adamczyka, czy Macieja Rosołka.

Oceniając pracę Dariusza Marca w Arce Gdynia warto także skonfrontować jego wyniki z poprzednimi szkoleniowcami, którzy prowadzili żółto-niebieskich na zapleczu elity. Ireneusz Mamrot w rundzie jesiennej sezonu 2020/2021 zasiadał na ławce trenerskiej żółto-niebieskich w siedemnastu ligowych spotkaniach. Zanotował niemal identyczną średnią punktów, co Dariusz Marzec, czyli 1,7 na mecz. Nie przeszkodziło mu to jednak znaleźć zatrudnienia na poziomie ekstraklasy, gdyż szkoleniowiec ten prowadzi obecnie Jagiellonię Białystok.

Trwa głosowanie...

Czy Arka Gdynia pod kierownictwem Michała Kołakowskiego rozwija się?

Z kolei Grzegorz Niciński w sezonach 2014/2015 i 2015/2016 na ławce trenerskiej żółto-niebieskich zasiadał w pierwszej lidze łącznie w 59 spotkaniach, notując niewiele wyższą średnią punktów od Dariusza Marca i Ireneusza Mamrota. Było to nieco ponad 1,74 na mecz. Jednak w drugim ze wspomnianych sezonów, kiedy Arka Gdynia w cuglach, z pierwszego miejsca w tabeli i już na cztery kolejki przed końcem rozgrywek remisem u siebie z Bytovią zapewniła sobie awans do ekstraklasy, ta średnia punktowa była rzecz jasna znacznie wyższa. Wyniosła dokładnie dwa punkty na mecz. Aby wyliczenie było w pełni uczciwe dla następców popularnego w Gdyni „Nitka”, do tego bilansu nie wliczyliśmy wygranego walkowerem spotkania z Dolcanem Ząbki w sezonie 2015/2016. Na zdobycie tych trzech punktów Grzegorz Niciński rzecz jasna wpływu nie miał. Porównując jego pracę z dokonaniami Dariusza Marca warto zauważyć, że podobnie, jak obecny szkoleniowiec Arki Gdynia, awansował z zespołem do finału Pucharu Polski. Wówczas jednak żółto-niebiescy grali już w ekstraklasie. Grzegorz Niciński w odróżnieniu od obecnego szkoleniowca Arkowców nie miał też okazji przegrać finałowej batalii, gdyż wcześniej zwolniono go na skutek niezadowalających wyników. Dziś trener ten pracuje w III-ligowym Bałtyku Gdynia.

Podsumowując ten wątek, Dariusz Marzec nie ma powodów, aby mieć szczególne kompleksy względem szkoleniowców, którzy przed nim prowadzili żółto-niebieskich na zapleczu ekstraklasy. Porównując jednak jego dokonania z Grzegorzem Nicińskim w drugim sezonie pracy z zespołem, musi znacząco podgonić z wynikami, jeśli zamierza dorównać „Nitkowi” i powtórzyć jego sukces w postaci bezpośredniego awansu do elity.

Osobną kwestią jest fakt, czy Dariusz Marzec ma w Gdyni stworzone optymalne warunki do walki o powrót do ekstraklasy. Trudno jest nie odnieść wrażenia, że niestety tak nie jest. Jako sztandarowy przykład wymienić można brak podgrzewanego, treningowego boiska trawiastego, na którym Arka Gdynia mogłaby przygotowywać się do rundy rewanżowej w okresie jesienno-zimowym, kiedy zdarzają się przymrozki i opady śniegu. Problem ten jest znany i „wałkowany” od lat, ale nic się w tej kwestii niestety nie zmienia. Na brak możliwości trenowania zimą na trawiastym boisku głośno narzekali w ostatnich latach byli trenerzy Arki Gdynia, jak Leszek Ojrzyński, czy Zbigniew Smółka. Publiczne wypowiedzi pierwszego z nich w tej kwestii miały zresztą podobno przyczynić się do jego zwolnienia, gdyż rzekomo nie bardzo przypadły do gustu działaczom Gdyńskiego Centrum Sportu i Urzędu Miasta Gdyni. A należy pamiętać, że samorząd jest strategicznym partnerem i od lat największym sponsorem klubu.

Jak dotychczas temat budowy nowych boisk trawiastych zatrzymał się na składanych od lat, szumnych deklaracjach, m.in. przez prezydenta Gdyni Wojciecha Szczurka podczas jednej z konferencji prasowych. Jednak konkretów nadal brak. Nie wiadomo, co, gdzie i kiedy. Biorąc zresztą pod uwagę ceny gruntów w Gdyni i okolicach oraz fakt, że na kompleks nowych boisk trawiastych trzeba byłoby przeznaczyć i zagospodarować pokaźną nieruchomość, można mieć wątpliwości, czy gminę Gdynia, przeżywającą kłopoty finansowe i zadłużoną po uszy na kwotę około 800 mln zł, stać jest obecnie na realizację takiej inwestycji. Znamienne jest w tej kwestii, że w zeszłorocznym planie postępowań o udzielenie zamówień publicznych Gdyńskiego Centrum Sportu widniał zamiar zamówienia dokumentacji projektowej dla budowy Piłkarskiego Centrum Treningowego. Samorządowcy chcieli wydać na ten cel 225 tys. zł. Ostatecznie do ogłoszenia postępowania jednak nie doszło. Jak można było usłyszeć nieoficjalnie, przedstawiciele władz Gdyni i GCS przeliczyli koszty i doszli do wniosku, że w trudnych, covidowych czasach póki co nie będzie ich stać na realizację tej inwestycji.

Można ponadto zakładać z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że na budowę nowych, podgrzewanych boisk nie stać także aktualnego właściciela Arki Gdynia. Michał Kołakowski, prezes i główny udziałowiec klubu, mówił co prawda przed sezonem o zamiarze i konieczności rozwoju infrastruktury treningowej, jednak także nie przedstawił żadnych konkretów.

Nie ulega tymczasem wątpliwości, że brak odpowiedniej bazy treningowej nie ułatwia trenerowi Dariuszowi Marcowi optymalnego przygotowania zespołu do walki o ekstraklasę. Wielu szkoleniowców konkurencyjnych ekip ma więc w tym względzie nad nim przewagę. Jak to trafnie zauważył swego czasu jeden z kibiców we wpisie na forum internetowym, nawet Pep Guardiola, czy Jurgen Klopp mieliby problem z optymalnym przygotowaniem zespołu, gdyby przez kilka miesięcy w roku nie bardzo mieli gdzie trenować w warunkach, które potem ich drużyna zastanie podczas walki o punkty. W Arce Gdynia doszło nawet w lutym tego roku do mocno nietypowej sytuacji, gdy działacze klubu poprosili kibiców o pomoc w odśnieżeniu trawiastego boiska A-klasowego wówczas zespołu w sąsiadującym z Gdynią Chwaszczynie, na którym mieli następnie trenować żółto-niebiescy. Dość dobrze obrazuje to skalę problemu, z jakim musi mierzyć się Dariusz Marzec w okresie zimowym.

Problemem zresztą jest nie tylko fakt, że piłka nieco inaczej zachowuje się na sztucznej murawie, na której żółto-niebiescy są zmuszeni trenować w trakcie przymrozków, ale także, iż zajęcia na takiej nawierzchni bardziej obciążają stawy i zwiększają ryzyko kontuzji. Niemal wszyscy trenerzy Arki Gdynia borykali się w ostatnich czasach z serią urazów w zespole. Sytuacja, gdy szkoleniowiec miał do dyspozycji wszystkich, kluczowych piłkarzy, należała do rzadkości.

Warto też mieć świadomość, że brak wystarczającej liczby trawiastych boisk negatywnie wpływa na poziom szkolenia młodzieży. Robert Wilczyński, jeden z najbardziej zasłużonych w ostatnim okresie trenerów grup młodzieżowych żółto-niebieskich, który z juniorami starszymi Arki Gdynia zdobył w 2012 roku mistrzostwo Polski, trafnie zauważył, że gra na sztucznej i naturalnej trawie to dwie różne dyscypliny sportu.

- Jeżeli w Gdyni nie powstanie wiele boisk naturalnych, możemy zapomnieć o postępach w rywalizacji sportowej - stwierdził Robert Wilczyński.

Od piłkarzy można usłyszeć, że na sztucznej trawie piłka nie ma odpowiedniego poślizgu i znacznie trudniej jest dryblować. Nie pomaga to w szlifowaniu umiejętności technicznych młodych adeptów futbolu. Patrząc długofalowo, dla Arki Gdynia jest to poważny problem. Inne kluby mają w tym względzie nad żółto-niebieskimi przewagę. Przepis o obowiązku obecności na murawie co najmniej jednego młodzieżowca w rozgrywkach Fortuna 1. Ligi, a także dwóch w Pucharze Polski, wymusza konieczność posiadania w kadrze zespołu kilku dobrze wyszkolonych, młodych zawodników. Jeśli nie zostanie zniesiony, co jednak po zmianie na stanowisku prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej i zastąpieniu Zbigniewa Bońka przez Cezarego Kuleszę wydaje się na szczęście dla Arki Gdynia prawdopodobne, przed każdymi, kolejnymi sezonami trwały będą gorączkowe poszukiwania młodzieżowców. Na dopływ odpowiedniej ich liczby z grup młodzieżowych nie ma obecnie co liczyć. Arka Gdynia długofalowo traci też na tej sytuacji finansowo. Szkolenie, promowanie, a następnie zarabianie na transferach utalentowanych wychowanków w realiach panujących w piłce nożnej w naszym kraju powinno być jednym z filarów funkcjonowania każdego dobrze zarządzanego klubu. Tym bardziej takiego, jak Arka Gdynia, w którym za wiele sznurków pociąga obrotny menedżer piłkarski, mający odpowiednie kontakty na rynku.

Kolejną kwestią, związaną z oceną pracy Dariusza Marca jest, na ile ten szkoleniowiec ma autonomię przy ustalaniu składu, a także co ma do powiedzenia w sprawie transferów do klubu. Wielu kibiców uważa, że obecny trener żółto-niebieskich nie ma w tym względzie ostatniego słowa. Jako przykład fani podają historię z Mateuszem Młyńskim z minionej rundy. Utalentowany zawodnik, mający dodatkowo cenny status młodzieżowca, był kompletnie przez Dariusza Marca pomijany przy ustalaniu składu. Dało się też w Gdyni usłyszeć sugestie, że nie jest to decyzja szkoleniowca żółto-niebieskich, tylko „Młynek” jest w ten sposób karany przez właścicieli klubu za to, że odmówił przedłużenia kontraktu i podpisał umowę z Wisłą Kraków. Trener Dariusz Marzec zarzekał się, że tak nie było, że sam zrezygnował z usług zawodnika i zadecydowały wyłącznie względy sportowe. Mało kto mu jednak wierzył.

- Fakty są takie, że Młyński biega dziś po ekstraklasowych boiskach i sobie na nich nieźle radzi - mówi Marek, od 30 lat kibicujący żółto-niebieskim. - Jak to jest więc możliwe, że w opinii trenera Dariusza Marca był za słaby na grę w Arce? W tym samym czasie na boisku w żółto-niebieskich barwach pojawiali się przecież tacy delikwenci, jak Artur Siemaszko, który do dziś nie ma na koncie żadnej bramki i asysty w Arce, a także m.in. Kamil Mazek i Łukasz Wolsztyński. Dwaj ostatni wylądowali po sezonie w II-ligowej Chojniczance. Trudno jest mi uwierzyć, że Dariusz Marzec uznał, iż „Młynek” jest gorszym piłkarzem od trójki wymienionych. Żaden rozsądny szkoleniowiec raczej by do takiego wniosku nie doszedł. Moim zdaniem Dariusz Marzec robił po prostu dobrą minę do złej gry, a rzeczywiście miał zakaz wystawiania Młyńskiego na boisku. Był to poważny błąd, bo rundę wcześniej ten zawodnik robił różnicę. Potrafił strzelić, zaliczyć asystę, wywalczyć rzut karny. Gdyby wiosną w ubiegłym sezonie dzięki akcjom Młyńskiego udało się zdobyć kilka punktów więcej, kto wie, czy Arka Gdynia nie byłaby już dziś w ekstraklasie.

Pojawiły się ponadto jasne sugestie, którym główny zainteresowany zresztą nie bardzo zaprzeczał, że kwestia wtrącania się przez właścicieli Arki Gdynia w decyzje personalne była jedną z przyczyn rozstania się z trenerem Ireneuszem Mamrotem. Szkoleniowcowi temu nie bardzo taka sytuacja miała się podobać. Jeśli rzeczywiście prawdą jest, że Dariusz Marzec musi wysłuchiwać sugestii na temat składu, desygnowanego przez niego na boisko, które dodatkowo formułują osoby nie pracujące na co dzień z zespołem i nie obserwujące piłkarzy na treningach, na pewno nie ułatwia mu to skutecznej walki o awans. Jeśli wymaga się od szkoleniowca powrotu do elity, należałoby też pozostawić tylko w jego rękach wybór, którymi piłkarzami będzie ten plan realizował.

W kontekście walki Arki Gdynia o ekstraklasę dość rzadko poruszany jest też inny, istotny wątek. Należy zastanowić się, czy klub jest odpowiednio zorganizowany i na tyle mocny finansowo, aby jego działacze stawiali żółto-niebieskich w gronie zdecydowanych faworytów do powrotu do elity. Wydaje się niestety, że niekoniecznie. Od dość zamierzchłych czasów, kiedy Ryszard Krauze, były właściciel Arki Gdynia, dawniej jeden z najbogatszych Polaków, popadł w tarapaty finansowe na skutek nieudanych inwestycji w złoża ropy w Kazachstanie, żółto-niebiescy nie mają majętnego właściciela. Nieudolne, karykaturalne wręcz rządy w Arce Gdynia owianego w mieście niesławą duetu Midaków, którzy mało co nie doprowadzili do wymazania klubu z centralnego poziomu rozgrywek piłkarskich w Polsce, najlepiej jest potraktować zasłoną milczenia. Jednak także obecni właściciele żółto-niebieskich nie mają najmniejszego nawet „podjazdu” do możliwości finansowych Ryszarda Krauze za czasów prosperity prowadzonych przez niego biznesów.

Fakty są takie, że Arka Gdynia jest od lat już podłączona do samorządowej kroplówki. Z miejskiej kasy otrzymała w ostatnich sezonach łącznie kilkadziesiąt milionów złotych. Nie ma też obecnie żadnego innego, strategicznego sponsora, który zasilałby budżet klubu zbliżonymi choćby kwotami. Po spadku z ekstraklasy żółto-niebiescy stracili wielomilionową transzę, przysługującą im z tytułu podziału kwoty przekazywanej za prawa do transmisji telewizyjnych rozgrywek elity. Odbiło się to wyraźnie na możliwościach finansowych klubu. Działacze Arki Gdynia szukali w ostatnich latach sponsorów nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Efekty tych starań trudno jednak uznać za zadowalające.

Jak trudne potrafią być relacje ze sponsorami, doskonale obrazuje przykład z końca 2018 roku, kiedy działacze klubu ogłosili podpisanie umowy partnerskiej z z meksykańskim miastem Chignahuapan z regionu Puebla. Logo tego partnera pojawiło się nawet na żółto-niebieskich trykotach. W pakiecie klub otrzymał także dwóch zawodników z Ameryki Południowej, Rogelio Chaveza i Augustina Barana. Pierwszy z nich ogłoszony został ambasadorem nowego projektu. Problem polegał na tym, że Zbigniew Smółka, ówczesny trener żółto-niebieskich, nie zamierzał korzystać z usług obu wymienionych piłkarzy na boisku. Dało się też potem w Gdyni usłyszeć, że nowi, meksykańscy partnerzy klubu niekoniecznie rozliczają się z Arką finansowo zgodnie z zapisami umowy. Projekt ostatecznie dość szybko upadł. Po logu Chignahuapan na koszulkach Arki Gdynia pozostało jedynie wspomnienie. Nie ma też już rzecz jasna w kadrze zespołu Rogelio Chaveza i Augustina Barana.

Według części naszych rozmówców o przyciągnięcie nowych, poważnych sponsorów do klubu może być obecnie trudno. Jak słyszymy, także niektórzy przedstawiciele lokalnego biznesu, nawet ci sympatyzujący z Arką Gdynia, niekoniecznie chcą współpracować z aktualnymi właścicielami ze względu na specyficzny charakter i niektóre poczynania Jarosława Kołakowskiego.

Trzeba zdać sobie sprawę, że obecność żółto-niebieskich na centralnym szczeblu rozgrywek uzależniona jest obecnie przede wszystkim od wysokości transz, przekazywanych z budżetu miasta. Dotowanie przez samorząd na dzisiejszym, lub wyższym poziomie nie musi jednak trwać wiecznie. Gmina Gdynia ma znaczące ograniczenia finansowe. Gdyby wyobrazić sobie scenariusz, że jej prezydent Wojciech Szczurek z jakiegoś względu podjąłby decyzję o zdecydowanym obniżeniu, lub nawet cofnięciu finansowania dla Arki, według naszych rozmówców możliwe jest nawet, że żółto-niebiescy w całkiem niedalekiej przyszłości zagraliby derby z Bałtykiem w trzeciej lidze.

Jak poważne konsekwencje może mieć utrata najważniejszego sponsora, pokazuje przykład Bytovii, klubu z naszego regionu. Od czasu, kiedy w 2018 roku z jej wspierania zrezygnował Drutex, zespół ten w szybkim tempie zawędrował z pierwszej ligi do czwartej.

Obecnie w Arce Gdynia doszło do dość nietypowej sytuacji, kiedy to mniejszościowy właściciel, Marcin Gruchała, ma, jak się wydaje, daleko większe możliwości finansowe, niż Michał Kołakowski, posiadacz większościowego pakietu akcji sportowej spółki.

Ograniczenia finansowe na pewno nie pomagają trenerowi Dariuszowi Marcowi w budowaniu optymalnej kadry do walki o ekstraklasę. Działacze żółto-niebieskich muszą liczyć się z tym, że nadal będą przegrywać rywalizację o wartościowych zawodników z konkurentami z Fortuna 1. Ligi. Przykładem tego jest Karol Czubak. Zawodnik będący w kręgu zainteresowań Arki Gdynia już przed ubiegłym sezonem wybrał wówczas ofertę Widzewa Łódź. Dopiero kiedy w jego barwach nie zdołał się przebić, zameldował się ostatnio nad morzem. Arka Gdynia podejmowała podobno przed tym sezonem starania o wypożyczenie Filipa Szymczaka z Lecha Poznań. Ostatecznie zawodnik ten wylądował u jej dzisiejszego, ligowego rywala, w GKS-ie Katowice. Kolejnym przykładem jest Juliusz Letniowski. Jednego z liderów Arki Gdynia w ubiegłym sezonie nie udało się zatrzymać. Dziś gra w Widzewie Łódź.

Podczas przedsezonowego Q&A z Michałem Kołakowskim, prezesem i właścicielem żółto-niebieskich, jeden z kibiców zadał mu ciekawe pytanie, gdzie widzi klub za dwa, pięć i dziesięć lat. Padły wówczas śmiałe deklaracje.

- Liczę na to, że za dwa lata będziemy klubem, który gra w ekstraklasie i ma na tyle mocny skład, że nie będzie musiał do końca sezonu drżeć o utrzymanie - powiedział Michał Kołakowski. - Za pięć lat mam nadzieję, że Arka będzie już klubem, który ma mocną pozycję w ekstraklasie, zagra przynajmniej w eliminacjach do europejskich pucharów i będzie miała na swoim koncie chociaż jeden Puchar Polski więcej. Z roku na rok chcemy robić postęp, nie tylko w sferze sportowej, ale także administracyjnej i marketingowej. Uważam, że Arka swoją i tak już mocną pozycję powinna stale umacniać.

Tysiące kibiców Arki Gdynia trzymają kciuki, aby te ambitne plany się powiodły. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że łatwe to wcale nie będzie. Wielu działaczy kierujących klubami w Polsce chciałoby pójść drogą Rakowa Częstochowa. Należy jednak zakładać, że uda się to nielicznym.

O tym, w którą stronę zmierza Arka Gdynia i jak należy oceniać dotychczasową pracę trenera Dariusza Marca zapytaliśmy ekspertów, byłych, wybitych zawodników żółto-niebieskich. Janusz Kupcewicz, wybrany przez kibiców piłkarzem 90-lecia, powiedział nam, że grę zespołu ogląda obecnie wyłącznie w telewizji, gdyż w odróżnieniu od dobrych zwyczajów z wielu poprzednich sezonów, nie dostał od nowych właścicieli klubu zaproszenia na żółto-niebieskie trybuny. Były reprezentant Polski, medalista mistrzostw świata, ma mimo to konkretne uwagi.

- Patrząc na potencjał kibicowski, tradycje, a także kwoty, jakimi miasto zasila budżet klubu, Arka teoretycznie skazana jest na awans do elity - mówi Janusz Kupcewicz. - Jednak uważam, że wcale łatwo o zrealizowanie tego celu nie będzie.

Były, znakomity piłkarz twierdzi także, że trener Dariusz Marzec powinien na stałe już zrezygnować z taktyki gry z trójką obrońców. Jego zdaniem nie bardzo się ona sprawdziła.

- Wiem, że takie ustawienie jest modne, ale trzeba mieć do niego odpowiednich wykonawców – mówi Janusz Kupcewicz. - Arka Gdynia na dziś ich nie ma. Zespół grając z czwórką obrońców korzystnie prezentował się w finale Pucharu Polski z dużo silniejszym Rakowem Częstochowa. Choć ostatecznie pojedynek ten został przegrany, to chłopaki wstydu nie przynieśli i mocno postraszyli faworyta. Podobała mi się też gra Arki Gdynia z czwórką obrońców w meczu, kiedy zespół rozbił 3:0 Odrę Opole. To wszystko powinno dać Dariuszowi Marcowi do myślenia, aby nie wydziwiał, tylko trzymał się sprawdzonych wariantów.

Janusz Kupcewicz dodaje też, że jego zdaniem zbyt mało jest w obecnej kadrze Arki Gdynia wartościowych piłkarzy, za to sporo, jak to określa, zawodników. Legenda żółto-niebieskich ma ponadto wątpliwości, czy korzystne jest kontraktowanie tak dużej liczby futbolistów reprezentowanych przez Jarosława Kołakowskiego.

Od Piotra Rzepki, byłego reprezentanta Polski, dawniej także kapitana i później szkoleniowca Arki Gdynia, posiadacza trenerskiej licencji UEFA Pro, usłyszeliśmy, że okres dziewięciu miesięcy to dość krótki czas, aby rzetelnie ocenić pracę Dariusza Marca.

- Jestem zdania, że szkoleniowca powinno zacząć się rozliczać dopiero po dwóch latach, spędzonych w jednym klubie - mówi Piotr Rzepka. - Wiadomo jednak, jakie są realia w polskim futbolu. Działacze zaczynają się "gotować" już po kilku nieudanych meczach, a kibice żądają głów.

Piotr Rzepka nie do końca zgadza się też z opiniami wielu fanów, wyrażonymi m.in. w jednej z internetowych sond po wpadce żółto-niebieskich i porażce z Górnikiem Polkowice, przy okazji której większość uczestników głosowania opowiedziała się za zwolnieniem Dariusza Marca.

- Wydaje mi się, że takie wnioski są przedwczesne - mówi Piotr Rzepka. - Trener Dariusz Marzec w poprzedniej rundzie udowodnił, że ma jakiś pomysł na zespół i potrafi zmobilizować zawodników. Kiedy Arkę Gdynia wszyscy już przekreślili w kontekście walki o awans do ekstraklasy, nastąpiła seria zwycięstw. W zasadzie niewiele zabrakło, aby cel został zrealizowany. Na pewno obecnie musi niepokoić dość chwiejna dyspozycja zespołu, który potrafi zagrać bardzo dobry mecz i rozbić silnego Widzewa Łódź, a przegrać w Polkowicach. Taka jest jednak piłka nożna, a na poziomie pierwszej ligi w Polsce w niektórych spotkaniach rządzi przypadek. Natomiast absolutnie w tym momencie nie można wykluczyć możliwości, że Dariuszowi Marcowi uda się ustabilizować dyspozycję Arki Gdynia i sprawy potoczą się jeszcze w dobrym kierunku.

Eksperci wskazują też na dość spore zmiany kadrowe w zespole, co ich zdaniem nie ułatwia trenerowi pracy.

- Niektórzy piłkarze, jak Olaf Kobacki, czy Karol Czubak, dołączyli do drużyny już po letnich przygotowaniach do sezonu - mówi Piotr Rzepka. - Dla żadnego trenera nie jest to komfortowa sytuacja. Taki zawodnik może oczywiście na tzw. świeżości zagrać jeden, czy drugi dobry mecz, jednak w kilka dni nie da się go optymalnie wkomponować w zespół. Na to potrzeba czasu, tygodni, nawet miesięcy pracy. W piłce nożnej liczy się powtarzalność, a długofalowo sukces osiąga się dzięki schematom wypracowanym na treningach, kiedy każdy zawodnik dokładnie wie, co ma robić na boisku. Na tym też bym opierał swój optymizm w kwestii dalszej gry Arki Gdynia. Im dłużej trenerowi Dariuszowi Marcowi pozwoli się popracować z tym zestawem zawodników, im większa będzie stabilizacja, a mniejsze roszady kadrowe, tym lepszych należy spodziewać się efektów.

Wideo

Materiał oryginalny: Dokąd zmierza Arka Gdynia? Czy trener Dariusz Marzec gwarantuje awans do ekstraklasy? - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie