Czy Patryk Palczyński mógł popełnić samobójstwo? Dziesięć lat po tajemniczej śmierci żeglarza mnożą się pytania i wątpliwości

Dorota Abramowicz
archiwum prywatne
Mija dziesięć lat od zaginięcia i tajemniczej śmierci młodego gdyńskiego żeglarza, Patryka Palczyńskiego. Patryka, obciążonego ciężkimi płytami chodnikowymi, ze związanymi rękami, wyłowiono osiem kilometrów od gdańskiego portu. Czy, jak uznała prokuratura, było to samobójstwo? Według ustaleń rodziny Patryk po zaginięciu mógł być jeszcze przez kilka dni przetrzymywany w pobliżu gdyńskiego basenu jachtowego. - Nie pogodziłam się i nigdy nie pogodzę z decyzją prokuratury - mówi matka żeglarza, Julitta Palczyńska. - Póki mi sił starczy będę próbowała dowiedzieć się, kto odpowiada za śmierć mojego syna..

"Niedługo minie 10 rocznica tragicznej śmierci mego syna Patryka. Ciągle nie wierzę w jego samobójstwo" - napisała pani do mnie w liście wysłanym tuż przed Dniem Matki. Chce pani wracać do tamtych bolesnych chwil?
Chcę? Raczej muszę to robić. Nie pogodziłam się i nigdy nie pogodzę z decyzją prokuratury, twierdzącej, że Patryk zabił się sam. Dziś znów wracają wszystkie wspomnienia. Syna ostatni raz widziałam przy dworcu w Gdyni, zaledwie tydzień po Dniu Matki, 2 czerwca 2010 r. Następnego dnia miał obchodzić 24 urodziny. Poza tym niedawno znów w prawie wszystkich mediach pojawiły się kolejne informacje w sprawie Iwony Wieczorek.

Co ma z tym wspólnego Iwona Wieczorek?
Iwona zaginęła trzy dni po wyłowieniu Patryka, 17 lipca 2010 r. Bardzo współczuję jej matce, choć tam zostaje jeszcze cień nadziei. Nagłośnienie tego zdarzenia oraz kolejne relacje z nieudanych poszukiwań sprawiły, że zaangażowanie policji i prokuratury w wyjaśnienie okoliczności śmierci mego syna było znacząco mniejsze. Ciało Patryka odnaleziono 14 lipca. Unosiło się 8 kilometrów od lądu, kilka kilometrów od wejścia do portu w Gdańsku. Syn miał związane ręce, ciało było obciążone dwiema, ważącymi ponad 20 kilogramów płytami chodnikowymi.

Syn był żeglarzem?
Tak jak większość członków naszej rodziny. Zaczął żeglować, mając zaledwie 4 lata. To była jego pasja, od dziecka marzył, by pływać na dużych żaglowcach. Poszedł studiować do ówczesnej Akademii Morskiej, ale kiedy okazało się, że nie będzie tam specjalizacji związanej z żaglowcami, rzucił studia i postanowił zarabiać na życie pływając na luksusowych jachtach jako oficer pokładowy. Rok przed zabójstwem był członkiem załogi takiego jachtu, należącego do pewnego zamożnego Polaka. Jacht ściągano z Pacyfiku do Europy, po wykonaniu części zadania pozostał na kilka miesięcy na Karaibach. Uczestniczył tam m.in. w regatach, doskonaląc swoje umiejętności. Potem wrócił do Polski. Po roku wybrał się w ostatni rejs.

Pamięta pani ostatni dzień przed zniknięciem Patryka?

Wraca do mnie każda chwila.Mieszkaliśmy w sąsiednich pokojach.

Mówił: - Mamo, wyjeżdżam?
Wyglądało to trochę inaczej. Siedział długo przy komputerze. Wysyłał i odbierał maile. Wysyłał smsy. Kiedy wchodziłam do pokoju, zasłaniał ekran lub wyłączał komputer.

Zawsze był taki tajemniczy?

Właśnie nie. Wcześniej było zupełnie inaczej. Opowiadał dokąd leci, jak wyglądają przygotowania, opowiadał, do jakiego autobusy na dworcu wsiada, z kim jedzie na miejsce zbiórki. Jednak wtedy, w czerwcu ze względów rodzinnych musiałam wyjechać i i mijaliśmy się po prostu. Stąd inny sposób bycia syna jakoś mi przez te moje zaganianie umknął. Pozostał ogromny niedosyt, nie byłam z nim tak, jak chciałam być. Gdyby nie moje ówczesne obowiązki zwróciłabym uwagę na te wszystkie niedomówienia, tajemnice. Na jego nietypowe zachowanie. Na to, że wyraźnie nie chciał, bym się czegoś dowiedziała. Poszedł do Urzędu Miasta, by się wymeldować do 2012 r. Zawsze tak robił przed wyjazdem. Jako miejsce pobytu podał Nową Zelandię.. Pytałam, kiedy jedzie. Odpowiadał - mama,jeszcze później, jeszcze później. Już nie o godzinie 13, ale o 15. Już nie o godzinie 15, ale wieczorem. Kiedy dopytywałam o szczegóły, obiecał, że wyśle mi smsa, to się dokładnie wszystkiego dowiem. Wreszcie o godzinie 20 zaczął się pakować. Ze względu na urodziny przyniosłam mu torcik. Zrobiłam mu przy komputerze ostatnie zdjęcie. Chciałam podwieźć syna samochodem, usłyszałam, że nie ma takiej potrzeby. Wtedy postanowiłam go choć kawałek podprowadzić. Wyszliśmy pół godziny przed północą, powiedział, że spotyka się z ludźmi z załogi na dworcu w Gdyni.Stanęliśmy na ulicy Podjazd. Powiedział, że tu się rozstaniemy. Pomyślałam, dobrze, w końcu nie jest to jego pierwszy wyjazd.

Jakieś przeczucie?
Nie przeszło mi przez głowę, że może zdarzyć się coś niedobrego. Jeszcze przed północą dostałam od niego wiadomość " „No dobra, już zaraz wyjazd. Będę musiał wyłączyć telefon. Pozdrawiam gorąco i głowa do góry”. Zakończył o włosku "Ciao, ciao" . Wysłałam mu życzenia urodzinowe. Potem okazało się, że już ich nie odebrał. Później wszystko się jakoś przedłużyło. Następnego dnia było Boże Ciało, potem zaraz weekend. Cztery dni. Zaczęłam się denerwować. Pytałam znajomych, szukałam informacji o statkach, pociągach. Poszłam na policję. Zlekceważono mnie. Usłyszałam, że syn zapewne uciekł od toksycznej matki.

Potem spotkałyśmy się i napisałam artykuł o zaginięciu Patryka...
Jeszcze miałam nadzieję. Aż do dnia, w którym wyłowiono go w pobliżu portu w Gdańsku.

Według prokuratury Patryk udał się z dworca na Skwer Kościuszki, tam obwiązał ciało płytami chodnikowymi,związał sam ręce i skoczył do morza...
Syn nie zginął tamtej nocy.Wynika to ze zbadania zegarka Aviator, który został znaleziony przy Patryku. Miał go cały czas na ręku. Policja nie sprawdziła dokładnie zegarka na podstawie instrukcji. Kiedy inni to zrobili, okazało się, że Patryk musiał być gdzieś przetrzymywany przed śmiercią.

Skąd takie wnioski?
Był to nietypowy zegarek, z wieloma różnymi funkcjami, o których policjanci nie wiedzieli. Po ich analizie wyszło na jaw, że przez co najmniej trzy - pięć dni po naszym rozstaniu zegarek syna logował się w jednym miejscu. Także na jednej ze stron internetowych (po kilku latach zniknęła, niestety, z sieci) pojawiały się ślady obecności Patryka. Był tam aktywny co najmniej przez trzy dni.

Gdzie logował się zegarek?
Dokładnie nie wiem. Było to w okolicy basenu jachtowego. Ostatnie logowanie było w pobliżu wieżowców Sea Towers w Gdyni. Myślę, że Patryk najprawdopodobniej był przetrzymywany gdzieś w garażu lub piwnicy. Jest jeszcze jedna kwestia, której śledczy nie podjęli. Syn wyszedł z domu w nocy, mając ze sobą 50 dolarów w jednym banknocie. Przy jego ciele znaleziono 20 dolarów. Gdzie je w nocy rozmienił? W Polsce nie płaci się przecież dolarami. Nie sprawdzono kantorów. Tak samo było z euro - syn miał przy sobie mniejszą kwotę, niż zabrał z domu.

Nie rozpytywano, czy ktokolwiek widział tam Patryka? W końcu Skwer Kościuszki w czerwcu, przed wolnym dniem nawet o północy nie jest wyludnionym miejscem.
Nie. Po dane z monitoringu zgłoszono się zbyt późno, nie zachował się żaden zapis z tamtej nocy. Zresztą takich płyt,którymi obciążono ciało, nie było wówczas na Skwerze Kościuszki. Skąd miał je wziąć Patryk? Nie znaleziono ani jednego świadka, który widziałby młodego człowieka, ciągnącego aż pod Oceanarium dwie ciężkie płyty chodnikowe.

Wyniki sekcji zwłok mówią, że przyczyną śmierci Patryka było utonięcie. I że prawdopodobnie nic nie jadł od ostatniego posiłku w domu.
Wystąpiłam o sprawdzenie treści żołądkowej. Zakład Medycyny Sądowej nie brał tego pod uwagę. A może go głodzono i próbowano w ten sposób do czegoś zmusić?

Próbowała się pani odwoływać od decyzji prokuratury?
Wielokrotnie. Wnosiłam nowe wnioski dowodowe. Wszystkie były odrzucane na zasadzie, że nic do sprawy nie wnoszą.Po odnalezieniu ciała syna popełniono wiele błędów. Skończył się film w aparacie policyjnego fotografa, więc nie zrobiono zdjęć, jak wyglądały skrępowanie ręce Patryka. Zanim fotograf wrócił z aparatem, biegły porozcinał węzły. Prokurator też dokładnie się im nie przyjrzała, bo uznała, że widok jest mało przyjemny i obserwowała ciało z odległości. A później znalazł się inny biegły, który stwierdził, że żeglarz mógł sam związać sobie ręce. Tylko nie wiadomo, czy takimi węzłami, jakimi związany był Patryk.

Nie można tego inaczej zbadać?

Tego już nie sprawdzimy, bo węzły porozcinano. Nie był więc drugi to przeprowadzony porządnie eksperyment procesowy. Zresztą ten sam biegły od węzłów ,jako osoba znająca Patryka, został wezwany przez prokuraturę na świadka. Wbrew wszelkim regułom - połączenie funkcji biegłego z osobą świadka jest niezgodne z zasadami prawa. Wie pani zapewne, że na sznurach i linach, którymi skrępowano syna zostały znalezione inne, niż Patryka odciski palców i obce ślady DNA? Jedne zostawił policyjny biegły, pozostałe należały do dwóch niezidentyfikowanych osób.

I co?
Powiedziano, że to były stare liny, więc ktoś mógł je wcześniej dotykać.Tak przez całe śledztwo zamiatano pod dywan kolejne błędy.

Prokuratura argumentowała, że Patryk, decydując się na samobójstwo pousuwał strony w komputerze.
Wiem, że wszystko zostało wykasowane. Tydzień po rozstaniu z synem wzięłam komputer i zaniosłam do informatyka. Potwierdził mi usunięcie stron.Policyjni informatycy wyciągnęli później usunięte zdjęcia i na ich podstawie uznali, że Patryk przeżywał traumę po śmierci dziadka. Zaintrygowało ich, że ubrał na wyjazd to samo, w czym był na pogrzebie.Nie był to jednak żaden garnitur, a zwykłe dżinsy i kurtka.

Znaleźli jakieś dowody świadczące o przygotowaniach do samobójstwa?
Nie. Stwierdzili tylko, że świadczy o tym usunięcie stron oraz obcięcie włosów przez Patryka. Jedna z koleżanek przypomniała sobie jego wypowiedziane dawno temu słowa "gdybym miał umrzeć, to chciałbym umrzeć w morzu". Moim zdaniem nic z tego nie jest dowodem na planowanie samobójstwa! Za dużo w tym niejasności. Także opinia psychologiczna stworzona była na konkretne zamówienie śledczych. Chodziło o to, by pójść po najmniejszej linii oporu.

Co, pani zdaniem, musiało się wydarzyć?
Nie wiem. Patryk wcześniej był pół roku na Karaibach. Naoglądał się różnych dziwnych rzeczy.Myślę, że zobaczył coś, czego nie powinien zobaczyć. Usłyszał coś, czego nie powinien usłyszeć. Myślę, że tamtego czerwca 2010 roku zetknął się z ludźmi, z którymi -po namyśle - nie chciał mieć nic wspólnego. I za to zapłacił życiem.

Można to jakoś udowodnić?
Nie wiem, czy po powrocie do kraju syn utrzymywał kontakty z ludźmi, z którymi był na Karaibach. Komputer został "wyczyszczony", telefonu Patryka nie znaleziono. Coś spowodowało, że nie wszystkie osoby, z którymi spędził czas podczas poprzedniego wyjazdu zostały przesłuchane. Może była to zbyt duża fatyga, by jechać do Warszawy, może była inna przyczyna. Cały czas liczę na to, że znajdą się świadkowie, którzy pozwolą ustalić, co i dlaczego stało sie z moim synem. Na osoby, które gotowe są pomóc cały czas czeka nagroda ufundowana przez rodzinę i przyjaciół Patryka.

Śni się pani czasem Patryk?
Tak, praktycznie prawie każdej nocy. Miałam ostatnio trzy takie sny. W pierwszym widzę koleżankę, która woła, bym szybko przyszła, bo pokazują Patryka w telewizji. Widzę, jak walczy z nieznanym przeciwnikiem i słyszę komentarz: "Proszę państwa, ten człowiek jest ledwie żywy, ale on pokonał już ponad dwudziestu ludzi!". W tym momencie się obudziłam. W drugim śnie płynę na jachcie, leżę na górnej koi i widzę, jak dwóch mężczyzn wynosi Patryka zawiniętego w dywanie. Chowam się, kulę, by mnie nie zobaczyli. Boję się. Strach jest coraz większy, ogarnia mnie całą. I z tego strachu się obudziłam.W trzecim śnie też jesteśmy na łódce. Patryk siedzi skulony w przejściówce, na schodach. Mówię do niego: Chodź, pomóż mi. Przecież widzisz, że jest problem! Zauważam, że ręce ma związane, tak jak wtedy, gdy go znaleźli. I usta chyba zaklejone. Podnoszę jego głowę do góry i słyszę: Popatrz mamo, to oni mi to zrobili. Odwracam się i... znów się budzę, zalana zimnym potem.

Nawet po śmierci dorosłego dziecka trudno zerwać więź matki z synem?
Tej więzi nigdy się nie zerwie. Pierwsze dziecko urodziłam martwe w siódmym miesiącu ciąży. Patryka udało się uratować dzięki wspaniałym lekarzom, którzy pomogli utrzymać następną ciążę. I po 24 latach go straciłam. Dlatego póki mi sił starczy będę próbowała dowiedzieć się, kto za to odpowiada.

Gdyby można było cofnąć czas...
Nie puściłabym w tamtą środę syna w ów "rejs". Zamknęłabym drzwi na klucz. A potem porozmawiałabym z nim, by wszystko wyjaśnić. Ale czy by to się udało? Tego nie wiem.

Kryzys klimatyczny, kryzys demograficzny?

Wideo

Materiał oryginalny: Czy Patryk Palczyński mógł popełnić samobójstwo? Dziesięć lat po tajemniczej śmierci żeglarza mnożą się pytania i wątpliwości - Plus Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie