Chris Botti, czyli smoothjazzowa uczta w Ergo Arenie

Marcin MindykowskiZaktualizowano 
Koncert Bottiego był łudząco podobny do jego ostatniego występu w Trójmieście sprzed pół roku fot. karolina misztal
Chris Botti to jeden z tych wykonawców, których koncerty za pierwszym razem zachwycają i ujmują. Ale przy kolejnym spotkaniu z amerykańskim trębaczem można mieć już poczucie pewnej powtarzalności, co pokazał jego piątkowy występ w Ergo Arenie.

Droga Bottiego do statusu najbardziej rozchwytywanego muzyka instrumentalnego była długa, ale starannie przemyślana. Karierę rozpoczął jako sideman - talentu dowodził, użyczając głosu swojej trąbki światowym sławom muzyki rozrywkowej (Arethcie Franklin, Frankowi Sinatrze, Carlosowi Santanie, Paulowi Simonowi czy Stingowi). Od połowy lat 90. zaczął też rozwijać karierę solową. Na płytach sygnowanych własnym nazwiskiem początkowo wykonywał autorskie kompozycje, ale od czasu wypełnionej standardami płyty "When I Fall in Love" (2004) otworzył się na odtwarzanie szeroko pojętej tradycji. Odtąd jego repertuar poszerzył się o evergreeny muzyki rozrywkowej i jazzowej, a nawet tematy operowe. Przyszło też spełnienie komercyjne: wysokie nakłady płyt i nominacje do Grammy w kategorii - co znamienne - "najlepszy instrumentalny album pop".

O sukcesie Bottiego decyduje bowiem wierność robiącej na świecie (w tym także Polsce) ogromną karierę estetyce smooth-jazzowej, którą gustujący w bardziej wysmakowanych dźwiękach krytycy pogardliwie nazywają jazzem dla ubogich czy nawet muzyką do windy. Trudno jednak dyskutować z faktem, że taka konwencja - nieinwazyjna i przesadnie nieangażująca słuchacza, ale jednocześnie subtelnie, lirycznie powabna, nastrojowa, idealnie służąca jako tło dla romantycznego wieczoru - zdobyła serca milionów słuchaczy.

W przypadku Bottiego mamy wreszcie do czynienia z jeszcze jedną regułą. Na koncertach potrafi zaskoczyć swoich fanów, wychodząc ze smoothjazzowych opłotków i udowadniając, że jego talentowi niestraszne są odejścia od tej zachowawczej formuły w stronę odważniejszej muzyki. Wtedy z wirtuozami ze swojego zespołu gra dynamiczniej, z funkową czy wręcz freejazzową nutą.

Program piątkowego koncertu trębacz ułożył ze sprawdzonego (choć niektórzy zauważą, że od kilku lat niezmiennego) repertuaru. Botti przywitał nas trawestacją na trąbkę pieśni "Ave Maria". Potem zabrzmiały m.in. "Hallelujah" Leonarda Cohena, "Flamenco Sketches" ze słynnej płyty "Kind of Blue" Milesa Davisa, temat "Cinema Paradiso" Ennio Morricone, aria "Nessun Dorma" Pucciniego czy jazzowy evergreen "My Funny Valentine".

Jak zwykle świetnie spisał się zespół Bottiego. Solowe, porywające popisy gitarzysty Marka Whitfielda i perkusisty Billy'ego Kilsona, w których znalazło się miejsce nawet na cytat z utworu "Iron Man" grupy Black Sabbath, musiały robić wrażenie. Błysnęli też goście: piękną, rzewną grą koncert wzbogaciła skrzypaczka Caroline Campbell, a znana z występów z The Rolling Stones czarnoskóra wokalistka Lisa Fischer zachwyciła skalą swojego głosu.

Nieco mniej było jednak tym razem miejsca na wycieczki w tę bardziej żywiołową muzyczną krainę. Jeśli już, to pojawiały się one raczej nie w partiach lidera, a pozostałych muzyków. To zresztą kolejna cecha tego koncertu - trębacz dawkował swój talent raczej oszczędnie, niejako wykańczając tylko finałowymi akcentami pracę kolegów (choć zawsze zachwycając czystym brzmieniem swojego instrumentu). Chwalebne, że lider dzieli z muzykami tej klasy scenę nieegoistycznie i pozwala im zabłysnąć. Momentami miało się jednak wrażenie, że na koncercie Bottiego jest... za mało Bottiego. Lider sprawdził się za to jako gospodarz koncertu - po raz kolejny w mig nawiązał kontakt z publicznością. Choć treść niektórych zapowiedzi też brzmiała znajomo...

Oczywiście, pewna powtarzalność i rytualizacja koncertów jest nieunikniona. Wydaje się jednak, że w przypadku występów Bottiego w stopniu większym niż zazwyczaj mamy do czynienia z perfekcyjnie przygotowanym, świetnie ogranym scenicznie, eleganckim w formie i treści, ale jednak - produktem, w którym nie ma miejsca na przypadkowy dźwięk czy słowo. Słuchaczom stawiającym na większą spontaniczność pozostaje więc czekać, aż trębacz nagra zapowiadaną od dawna nową płytę i przyjedzie do nas z trochę odświeżonym repertuarem.

Kolejny raz Ergo Arena nie okazała się jednak najlepszym wyborem na miejsce koncertu. Choć wyłączono sektory boczne i te ponad pierwszym poziomem trybun, nie dało się ukryć, że obiekt jest za duży na tego typu występ. A można było wybrać inne, bardziej przystające do kameralnego charakteru tej muzyki wnętrze...

Wideo

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3