Gdynia ma mistrzynię świata w fitness. Katarzyna Dziurska: Nie wiem, jaki smak ma cukier [FOTO]

Z Katarzyną Dziurską, mistrzynią Europy i świata w fitnessie, rozmawia Marcin Lange.

Napijesz się kawy?
Chętnie, poproszę. Z mlekiem. Tylko chudym.

3,2 procent nie przejdzie?
Nie ma szans.

Słodzisz?
(śmiech) Chyba żartujesz! Tak a propos - ja nie wiem, jaki cukier ma smak. Generalnie mocno pilnuję się w kwestiach żywieniowych, choć teraz, po sezonie, troszkę sobie pofolgowałam. Przed zawodami reżim narzucam sobie jednak bardzo duży - odstawiam nawet gumę do żucia, bo zawiera słodziki.

Gdybym miał wymienić wszystkie Twoje sukcesy, osiągnięcia i doświadczenie w fitnessie oraz tańcu, nie starczyłoby miejsca na rozmowę. Ograniczę się więc do dwóch najważniejszych - mistrzostwo Europy i mistrzostwo świata w fitness i kulturystyce z tytułem Miss Figure. I wszystko to w debiutanckim sezonie startów w fitnessowych zawodach...
W branży fitnessu sportowego jestem jeszcze „świeżakiem”, tego nie da się ukryć. Pierwsze zawody, w jakich brałam udział, odbyły się w marcu. Zaczynając, założyłam sobie cel, który chciałam osiągnąć. No i zrealizowałam go znacznie szybciej, niż się spodziewałam. To mnie bardzo nakręciło, dało pozytywnego kopa. Już wręcz nie mogę się doczekać nowego sezonu. Mistrzostwo świata zdobyłam w federacji WBBF - WFF. W przyszłym roku spróbuję sił w dwóch kolejnych organizacjach.

Mistrzostwo świata już masz. Gdzie więc jest granica, którą chciałabyś osiągnąć?
Jestem bardzo krytyczna względem siebie. Nie lubię siebie słuchać, nie lubię też na siebie patrzeć, bo ciągle jest coś nie tak. Po prostu staram się dążyć do perfekcji. Chciałabym mieć chudsze nogi - nie da się. Chciałabym być wyższa - też się nie da. Wprawdzie wzrost w fitnessie teoretycznie nie ma znaczenia, jednak na zawodach zdarzyło mi się stać obok dziewczyny o wzroście 180 cm. Ja, z dwudziestoma centymetrami mniej, czułam się przy niej nie do końca komfortowo. A wracając do pytania... Nie wiem, gdzie jest granica. Mam nadzieję, że do niej jeszcze bardzo daleko...

Zdaje się, że trochę z zaskoczenia otrzymałaś tytuł Fitness Motywator 2015...
Fajna historia. To taka facebookowa inicjatywa. Wzięłam udział w drugiej edycji, a zgłosiła mnie Iza Bieszke, która chodziła do mnie na zajęcia i się zawzięła, przeszła prawdziwą metamorfozę fizyczną i psychiczną. Ale wracając do tematu - organizatorzy każdemu założyli profil, na którym prowadzić trzeba było taki a’la dziennik. Nie ukrywam, trochę to zaniedbałam, przede wszystkim z braku czasu. W końcu w lipcu miała miejsce gala finałowa. W sumie nie chciałam tam jechać, bo i po co? Przecież i tak odpuściłam temat. Ostatecznie jednak na gali się pojawiłam i okazało się, że... wygrałam. Jury bowiem pod uwagę brało nie tylko ten nieszczęsny dziennik, ale całokształt, całą działalność w branży. Niesamowicie mnie to zaskoczyło. I ucieszyło.

Wyobrażasz sobie w ogóle życie bez fitnessu?
Nie. Naprawdę - kompletnie sobie tego nie wyobrażam. Właśnie mam małą kontuzję, tzw. łokieć tenisisty mi się przydarzył, przez co mam trzy dni przerwy w treningach. I już mnie nosi, nie wiem, co ze sobą zrobić. Istna tragedia. Jeszcze gorzej było przed pierwszym startem. Na trzy tygodnie przed zawodami skręciłam kostkę. Dzień przerwy, drugi, trzeci. W końcu nie wytrzymałam i pokuśtykałam na siłownię, aby choć na siedząco poćwiczyć.

Jest coś, czego o fitnessie jeszcze nie wiesz?
(śmiech) Teraz przesadziłeś. Branża się ciągle rozwija. I cały czas ja również muszę się rozwijać. Niemal codziennie obiecuję sobie, że wieczorem usiądę, poczytam, pogłębię wiedzę, ale ciężko o wolny czas, bo ciągle coś się dzieje. Zresztą fitness to nie tylko ćwiczenia. To także psychologia, bo trzeba mieć odpowiednie podejście do ludzi, których trenujesz. To dietetyka, to żywienie w sporcie. To wszystko stało się moją pasją, poszłam w to, jak niektórzy mówią, jak dzik w żołędzie.

Rozmawiamy o fitnessie, ale przecież jest jeszcze taniec. I to od niego zaczynałaś...
Miałam sześć lat, gdy w przedszkolu zorganizowano nam zajęcia z rytmiki. To było w Nidzicy, mojej rodzinnej miejscowości. Rytmikę prowadził mój przyszły trener. Wypatrzył mnie wtedy, stwierdził, że mam potencjał i przekonał moją mamę, aby zapisała mnie do zespołu tanecznego, jedynego zresztą w Nidzicy. I tańczę nadal, teraz należę do Cheerleaders Gdynia.

Z którą to grupą już dwukrotnie byłaś w Stanach Zjednoczonych, gdzie występowałyście podczas meczów NBA...
Niesamowita przygoda. Zwłaszcza w Phoenix było rewelacyjnie - zjechało się mnóstwo Polaków mieszkających w okolicy. Niektórzy twierdzą, że występ podczas meczu NBA to takie „mistrzostwo świata” dla cheerleaderek. Mnie się jednak jeszcze marzy występ na meczu NFL, czyli futbolu amerykańskiego. Byłam w USA prywatnie i jako widz wybrałam się na futbol amerykański. I tam to dopiero jest prawdziwy show. Zawsze jakiś krok dalej by się przecież przydał.

Więcej na temat:

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:
Więcej na temat:

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować Nie działa? Spróbuj wyłączyć Adblock samodzielnie w ustawieniach.