2007-11-17 00:01:00
,
Aktualizacja
2007-11-16 13:52:40
Spełnił się American Dream. Inżynier Janusz Liberkowski, absolwent Politechniki Gdańskiej, zwyciężył w popularnym plebiscycie telewizji ABC „Amerykański wynalazca” i w jednej chwili stał się sławny na całym świecie. Otrzymał tysiące e-maili, nieznani ludzie zaczepiali go i gratulowali sukcesu. Ale sława to nie wszystko. Wręczono mu czek na milion dolarów!
***
10 kwietnia 1999 roku Anetka zginęła w wypadku.
Jechała autostradą nad Zatoką San Francisco. Jej chłopak prowadził zbyt ryzykownie, uderzył w jadące przed nimi auto. Rzuciło ich na sąsiedni pas
jezdni, prosto pod samochód pędzący z przeciwnej strony.
On wyszedł z wypadku cało, ona żyła jeszcze tylko kilka godzin.
***
Jak opowiedzieć o śmierci dziecka?
„Płacz stał mi się pożywieniem, jęki moje płyną jak woda… Czy starczy mi sił aby przetrwać? ” – wołał zbolały Hiob.
- Wydawało się, że mi serce pęknie, rozrywający ból paraliżował. I ta straszna bezsilność, że nic nie można zrobić, że nie można już pomóc, że nie można oddać za nią życia… — Janusz Liberkowski, ojciec Anety spuszcza głowę.
Ukochana córka, jedynaczka, śliczna, zdolna, zakochana, całe życie przed nią. Miała dwadzieścia jeden lat. Studiowała filozofię i religioznawstwo. Szukała swojej tożsamości, mówiła: — Właściwie nie wiem, czy jestem Polką, czy Amerykanką? Sama nauczyła się pisać po polsku, by mieć kontakt listowny z babcią i dziadkiem.
***
Z Polski Liberkowscy wyjechali w 1984 roku. Właściwie nie wyjechali, ale uciekli. Tak się wtedy mówiło. Ustalili, że Danusia, żona Janusza z małą Anetką pojedzie na wakacje do swojej matki, która od kilku lat mieszkała na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Janusz po ich wyjeździe miał wybrać się w interesach do Zachodniego Berlina. Prowadził komputerową firmę polonijną, dysponował paszportem. Jego rodzice, którzy spędzali właśnie wakacje u syna w Sopocie, do ostatniej chwili nie wiedzieli, że to pożegnalne spotkanie.
- Jutro wyjeżdżam na stałe do Ameryki – zakomunikował. Byli wstrząśnięci. Rano, 27 lipca 1984 roku, w dziesiątą rocznicę ślubu, wsiadł do starego fiata ojca, a jemu zostawił swojego nowego poloneza i wyruszył. Kilka kilometrów za Gdynią zatrzymał się na poboczu, bo łzy przesłoniły mu drogę. Wiedział, że pali za sobą mosty, ale w Polsce zamkniętej, zapyziałej nie dało się żyć, choć przecież nie powodziło się im źle. Firma przynosiła spore zyski. Głowę do interesów miał po tacie, który według peerelowskiej terminologii był „prywaciarzem”. W Nowej Soli prowadził małe sklepiki — spożywczy, z pamiątkami, „1001 drobiazgów”. Gdy Janusz się ożenił, młoda para dostała niecodzienny prezent: siedmiokilometrową aleję czereśniową! Ojciec wydzierżawił ją od PGR na trzy lata. Janusz ciężko harował przy zbiorze owoców, ale doszedł w ten sposób do pierwszych pieniędzy.
Kilka lat wcześniej był na wakacjach w Stanach. To, co zobaczył, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Wolność go oszołomiła.
Ale nie od razu pomyślał o emigracji. Tu miał rodziców, przyjaciół, tu, w Sopocie urodziła się jego córka, tu zbudował dla swojej rodziny wymarzony dom, do którego przeprowadzili się po latach z ciasnego mieszkania na Przymorzu. Studiował, prowadził firmę. Zwykle robił kilka rzeczy na raz, ale ciągle wydawało mu się, że traci czas, że może osiągnąć znacznie więcej.
***
Berlin Zachodni. Pierwszy etap podróży i zarazem przykład, że gdy człowiek czegoś bardzo chce, w końcu to osiągnie. W Berlinie poszedł do konsulatu amerykańskiego z paszportem ważnym tylko na Europę i powiedział, że prosi o wizę. Odpowiedzieli, że nie ma mowy. Przychodził, gdy tylko zaczynali urzędować. Siedział do zamknięcia. Żywił się sandwiczami, nocował w tanim hotelu studenckim w sąsiedztwie. Rano wracał i tak da capo al fine. Po trzydziestu dniach urzędniczka wreszcie się do niego odezwała. Dostał wizę „For visit family”.
Nie spodobało mu się Wschodnie Wybrzeże, gdzie mieszkała teściowa. Jedziemy do Kalifornii! – postanowił. Do Doliny Krzemowej. To najważniejsze miejsce na świecie. Potęga myśli technicznej. Hi-tech. Rocznie inwestuje się tam 30 miliardów dolarów w nowy biznes.
- A mnie kręciły nowe technologie.
***
Z politechniki, gdzie Janusz Liberkowski wygłaszał wykład dla studentów, jedziemy do Sopotu. Milioner i zwycięzca telewizyjnego konkursu „American Inventor”, człowiek sławny dziś na całym świecie, absolwent Politechniki Gdańskiej z roku 1981, opowiadał młodszym kolegom o tym, że każde marzenie może się spełnić, jeśli tylko będziemy bardzo tego chcieli.
Jedziemy do Sopotu, bo chce zobaczyć swój dom.
- Coś takiego! – woła, gdy mijamy Oliwę. — Ten bar mleczny jeszcze istnieje! Jadaliśmy tu w studenckich czasach. Danusia mieszkała na stancji, niedaleko stąd, w małym domku u sympatycznej pani. Zajmowała pokój na piętrze, a ja czasem zostawałem u niej na noc. W tajemnicy ma się rozumieć, bo choć pani była miła, to nie na tyle, by pozwalać na takie ekscesy. Rano wyskakiwałem przez okno, otrzepywałem się i dzwoniłem do drzwi wejściowych.
Ulica Podgórna w Sopocie. Dom należy teraz do firmy architektonicznej.
— Ojciec dostał za niego niezłe pieniądze – wyjaśnia Janusz. – Sprzedał go na szczęście dopiero w wolnej Polsce, gdy złotówki miały już jakąś wartość.
Przyjeżdżamy już po godzinach pracy. Ciemno i pusto.
- Już nie płaczę – mówi fotografując dom ze wszystkich stron. – Ale jednak coś ściska w gardle. Siedem lat niebywałego wysiłku! Nie wiem czy pani mnie rozumie, bo tylko ten, kto coś budował w PRL, może to pojąć. Dachówka jest nowa – zauważa, gdy obchodzimy dom naokoło — ale to zrozumiałe, bo ja kładłem rozbiórkową, przywiezioną aż spod Nowej Soli, ze stodoły mojej babci. Przeszło pięćset kilometrów. Ale drzwi wejściowe są moje! I ta drewniana brama, którą znalazłem w pegeerze pod Słupskiem. Płot sam spawałem. — Tutaj – pokazuje piwniczną ścianę – zrobiłem kryty basen. Sprowadziłem dźwig ze Stoczni im. Komuny Paryskiej z Gdyni, który nad linią energetyczną przenosił wielkie, żelbetowe płyty.
- W tym oknie na piętrze Danusia z Anetką siedziały przed wyjazdem, kiedy zrobiłem im ostatnie zdjęcie – głos mu się łamie.
- Pozwoli pani, że zadzwonię do żony. W Kalifornii już jest rano, dzieci pewnie się obudziły.
Odchodzi na bok.
***
W kawiarni przy Monte Cassino w Sopocie rozmawiamy o cudzie.
Bo to cud, że Danusia, już po pięćdziesiątce, urodziła zdrowe bliźniaki. Po kuracji hormonalnej oczywiście. Przez sześć miesięcy ciąży nie ruszała się z łóżka. Leżała i rosła jak pączek w maśle, bo przyjaciółki na zmianę donosiły jej jedzenie. Bliźniaki też rosły. Gdy się urodziły ważyły ponad trzy kilo. Chłopiec i dziewczynka: Jason i Marielle. Piątego października skończyły trzy lata. Na urodziny przyszło osiemdziesiąt osób, zarówno Polacy jak Amerykanie. Choć na ogół urządzają osobne przyjęcia dla jednych i drugich, bo podczas spotkań z rodakami lubią pośpiewać polskie piosenki, powspominać, a Amerykanów mogło by to znudzić.
***
Dziś mieszkają w Los Gatos, w hiszpańskim domu z czerwonej cegły na akrowej działce. Mają piękny widok na cała Krzemową Dolinę i właśnie przymierzają się do budową nowego domu. Janusz już go widzi: dwa przenikające się ostrosłupy. Beton i szkło. Ma wyczucie bryły, kiedyś zdawał na rzeźbę w gdańskiej ASP. Nie dostał się z braku miejsc. Pojechał nawet do ministra Tejchmy z prośbą o interwencję, nic jednak nie wskórał.
Więc – jak mówię — ma wyczucie bryły i sam wymyślił koncepcję nowego domu, w którym – w miejscu połączenia ostrosłupów – będzie kuchnia o powierzchni 240 metrów kwadratowych.
- W Stanach – wyjaśnia – urządza się wielkie przyjęcia, na sto, sto dwadzieścia osób, ale na innych zasadach niż w Polsce. Każdy uczestnik party przynosi ze sobą coś do jedzenia, naturalnie po uprzednim uzgodnieniu z panią domu. Zauważyła pani, że goście lubią grupować się w kuchni właśnie? Dlatego też w moim nowym domu kuchnia będzie ogromna. Wystrojem ma przypominać nocny klub.
***
W 1990 roku rodzice przyjechali do Los Gatos. Ojciec obszedł cały dom, ogród, sprawdził wodę w basenie i oznajmił: — Mogę już wracać. Nie zginiecie.
Wtedy dopiero Janusz mógł się przyznać, że gdy przyjechali do Kalifornii, zamieszkali z Danusią i małą Anetką w podrzędnym hotelu, w którym było pełno karaluchów i prostytutek. Danuta płakała, on szukał nerwowo jakiejkolwiek pracy. Miał szczęście. W sklepie spotkał chłopaka, który drukował w podziemiu bibułę, za co władze wypchnęły go z Polski. Pomógł mu załatwić pracę, poznał z inżynierami, którzy już się tu zaczepili.
Początkowo inżynier Liberkowski składał zasilacze wysokiego napięcia do systemów rakietowych. Jeden z nich poleciał nawet poza układ słoneczny! Danuta dostała posadę pomocnicy nauczycielki, wkrótce już pracowała jako nauczycielka. Po roku kupili pierwszy dom, ale miesięczne spłaty kredytu były wyższe niż ich wspólne zarobki. Przekonał właściciela, by mu pożyczył pieniądze.
Potem zaczęło się poprawiać. Firma laserowa, komputerowa, kolejne patenty. Wysokie stanowiska w Intelu, Ewentlo. Coraz większe dochody. Dobrobyt.
I kiedy wszystko już tak dobrze szło, zginęła Anetka.
Zmarli rodzice.
***
Gdy urodziły się bliźniaki, coraz częściej myślał o tym, jak w razie zderzenia uchronić małe dzieci jadące w aucie. To stało się po prostu jego obsesją.
Foteliki sprzedawane w sklepach i salonach samochodowych praktycznie nie chronią podczas zderzeń przy prędkości powyżej 50 kilometrów na godzinę. A kto jeździ z taką prędkością? Codziennie ginie w Stanach Zjednoczonych troje dzieci w zapiętych prawidłowo fotelikach. Sześćset jest rannych.
Wpadł na pomysł, by dziecko ulokować w kapsule składającej się z dwu półkul włożonych jedna w drugą. – Przydała mi się moja rzeźbiarska wyobraźnia – dodaje. W razie uderzenia, półkule zamykają się, chroniąc dziecko, które „pływa” w wewnętrznej półkuli. Zgłosił do konkursu American Inventor organizowanego przez telewizję ABC fotelik nazwany „Anecia Safety Capsule”. W konkursie wzięło udział dwanaście tysięcy wynalazców. Do finału doszło czterech. Każdy miał 30 sekund na prezentację swego pomysłu. Widzowie wybierali zwycięzcę. W głosowaniu wzięło udział 35 milionów Amerykanów. Gdy emocje sięgały zenitu, prowadzący ogłosił:
- And the winner is Janusz Liberkowski!
Spełnił się American Dream. W jednej chwili stał się sławny. Otrzymał tysiące e-maili z całego świata, nieznani ludzie zaczepiali go i gratulowali sukcesu. Nie krył wzruszenia, gdy przypadkowo spotkana na lotnisku pani, jak się okazało żona strażaka, który ratuje ofiary wypadków ze zgniecionych aut, rozpłakała się podczas rozmowy.
Czekała go także nagroda finansowa. Czek na milion dolarów.
- Pieniądze są ważne, ale najważniejsza jest pasja. I wiara w siebie. To sprawia, że jeden człowiek zostaje prezydentem USA, dostaje Nagrodę Nobla, a inny – zmywa talerze w knajpie.
***
„Liberkowski pokazał nowy wizerunek polskiego emigranta w USA – pisały gazety. – Amerykanie zobaczyli nieprzeciętnie inteligentnego, kipiącego pomysłami inżyniera, który w dodatku podkreśla, że jest Polakiem”.
- Teraz przygotowuję się do produkcji moich fotelików – mówi pijąc herbatę. — Jedna firma będzie je robić w Stanach, druga — dla całej Europy — w Polsce. Jestem w trakcie omawiania szczegółów, po to tu przyjechałem. Za rok zasypię Amerykę i Europę fotelikami. Chodzi mi też o to, by były tanie, aby każdy mógł je kupić. Wiem przecież ile znaczy dla rodziców zdrowie i życie dziecka.
Na foteliku nie poprzestaje. Teraz myśli o poprawie bezpieczeństwa w całym samochodzie. — Nie tylko myślę – twierdzi z determinacją – ja to po prostu zrobię! Pomysł już mam. Zaskoczę cały świat.
***
Młody człowiek, z którym Anetka jechała autostradą nad Zatoką San Francisco w swoją ostatnią podróż, zastrzelił się w pięć lat później. Dokładnie w rocznicę jej śmierci.